Krytyka w czasach po-feministycznych czy elegia po feminizmie?

2 czerwca w Instytucie Badań Literackich PAN odbyło się ostatnie w tym roku akademickim Feminarium. Spotkanie zatytułowane „Krytyka w czasach po-feministycznych czy elegia po feminizmie?” poświęcone było książce prof. Krystyny Kłosińskiej „Feministyczna krytyka literacka”. W dyskusji panelowej wzięli udział: autorka książki, prof. dr hab. Krystyna Kłosińska (UŚ), oraz badacze kultury dr Karolina Krasuska (UW) i dr Błażej Warkocki (UAM). Feminarium poprowadziła badaczka literatury dr Monika Świerkosz (UJ).

Opublikowana w 2010 roku książka Krystyny Kłosińskiej to bardzo ważny głos o feministycznej krytyce literackiej. Książka wyraźnie pokazuje wielość i różnorodność feministycznych sposobów myślenia o literaturze, a także rozpad „feministycznej wspólnoty krytycznej”. Celem Feminarium była próba znalezienia odpowiedzi na pytanie o ważność feministycznej krytyki literackiej, o to, co może ona wnieść do badań o literaturze i o trwałość tejże krytyki: czy nie jest ona zastępowana przez krytykę genderową i queerową, a przez to odstawiana do lamusa i traktowana jako zmurszała.

Monika Świerkosz rozpoczynając dyskusję zauważyła, że książkę Krystyny Kłosińskiej z jednej strony charakteryzuje kwestia nadmiaru, ogromu stanowisk i krytyk feministycznych, z drugiej natomiast odosobnienia w świecie akademickim i na rynku wydawniczym. Na początku dyskusji zastanawiano się, jaki charakter ma książka „Feministyczna krytyka literacka”: klasyczny, tzn. jest pisana z obiektywnej pozycji historyka przyglądającego się zjawiskom z obszaru literaturoznawstwa, czy raczej syntezy akademickiej.

Na pytanie: dlaczego napisałam tak długą książkę, zawsze odpowiadam, bo nie miałam czasu napisać krótszej. I coś w tym jest. To jest oczywiście anegdotyczne. To, że nie interweniuję w trakcie wywodu w książce, a diagnozuję ten wywód, wynika z postawy krytyczek, głównie z postawy Toril Moi czy Elaine Showalter, które nie tyle diagnozują, co ustawiają krytykę feministyczną: mają ustalone plany, cele i chcą poprzez pisanie te cele osiągnąć. W tym sensie powiedziałam, że diagnozuję, a nie interweniuję. Kiedy zaczęłam diagnozować, cała praca wydała mi się szalenie inspirująca, ale i fascynująca, ponieważ właściwie tej przestrzeni anglo-amerykańskiej nie znałam. Przez długie lata edukowałam się u Francuzek i to była moja wielka miłość. Bardzo szybko zorientowałam się, że to, co wydawałoby się możliwe do uchwycenia tylko w postaci fragmentów, zaczyna się układać w nieoczekiwany sposób w rodzaj bardzo konsekwentnego dialogu. Dał się on uchwycić, ponieważ Amerykanki spotykały się ze sobą na konferencjach. Było to miejsce, gdzie nawiązywał się dialog, gdzie one bezpośrednio reagowały na pewne koncepty. Nic, co było ważne w danym momencie, nie zostało zagubione, tzn. wciąż pojawiają się pewne wątki i one są przedmiotem refleksji. Było to dla mnie zaskoczenie, ponieważ wśród badaczek francuskich takiego zwyczaju nie było: Kristeva pracowała u siebie, Irigaray u siebie, czasem się zamykała, wyłączała telefon i z nikim się nie komunikowała itd. To była trochę odmienna sytuacja. Moim zadaniem było łączyć polemiczne punkty, wątki. Dlatego wydaje mi się, że spełniłam rolę konferansjerki. Czy jest w tym zmierzanie do obiektywizmu? Bardzo się starałam, żeby rekonstruować myślenie badaczek, np. Showalter, której bardzo nie lubię, ale wyjątkowo cenię. Myślę, że w sposób uczciwy ją zrelacjonowałam, chociaż tam, gdzie „dobiera się” ona do moich Francuzek, mam ochotę wyciągnąć siekierkę, ponieważ jest ona niesamowicie nietolerancyjna i wykluczająca. Gdyby spełnił się projekt ginokrytyki, to ginokrytyka zostałaby całkowicie odizolowana, nie nawiązałaby żadnego dialogu z nurtami akademickimi i w ogóle trudno sobie wyobrazić, jak by się to wszystko potoczyło. Na szczęście tak się nie stało – wyjaśniała prof. Kłosińska.

O ocenę charakteru książki prof. Kłosińskiej z perspektywy czytelniczej pokusiła się dr Karolina Krasuska.

Wydaje mi się, że inaczej się czyta część odnoszącą się do Ameryki, a inaczej do Francji. To inny styl, inna konstrukcja rozdziałów, widać tam emocje. Ale wydaje mi się, że te teksty, o których Pani pisze, są inaczej napisane. W Stanach czy nawet na studiach amerykańskich tutaj uczy się studentów, jak pisać esej, jak pisać książkę, jak powinno się to stworzyć, by łatwo to sprzedać i zanalizować. Wydaje mi się, że forma i struktura tekstów zachęcają lub zniechęcają do pewnej pracy z nimi i zaangażowania w nie. Ja to odczytuję w ten sposób. Chciałabym wrócić do kwestii konferencji w Stanach, o których wspomniała już prof. Kłosińska. Jest to pewien przemysł: to olbrzymie konferencje, na których trzeba się pojawiać, żeby być na bieżąco z tym, co się dzieje. Te konferencje prowadzone są w sposób ciągły, ale to rzeczywiście jest taka praca wyrobnicza – mówiła dr Krasuska.

Dr Błażej Warkocki w swojej wypowiedzi powrócił do kwestii osobistości tego, o czym piszemy. Zauważył, że ma to wpływ na to, jak piszemy. Według badacza właśnie to wyjaśnia, dlaczego część amerykańska pisana jest w stylu amerykańskim, a część o ecriture feminine w stylu ecriture feminine. Ponadto zauważył on, że prof. Kłosińska ma swój charakterystyczny idom krytyczno-literacki. Ale, jak jednocześnie zaznaczył, jest to niezwykły atut – to działalność między nauką a sztuką.

Monika Świerkosz zauważyła, że książka prof. Kłosińskiej jest zróżnicowana ze względu na różne perspektywy opisywanych zjawisk i dyskursy feministyczne oraz krytyczne, ale także pokazuje pluralizm teorii. Prowadząca wskazała, że od dawna mówi się nie o jednym feminizmie, ale o feminizmach, jednak, jak zaznaczyła, dopóki książka prof. Kłosińskiej nie została opublikowana, nie było to w Polsce głośno powiedziane. Kolejne pytanie dr Świerkosz dotyczyło braku w rozdziale o ecriture feminine wątku polemicznego.

Ecriture feminine było napisane w roku 2000. Tam pomysł był zupełnie inny niż w przypadku anglo-amerykańskiej krytyki, ale nie dlatego, że co innego założyłam. Ta scena francuska jest po prostu inna. Mówiłam już, że śledziłam te konferencyjne spory, które później wchodziły do książek. W przypadku ecriture było inaczej. Badaczki w ogóle nie polemizowały, a to dlatego, że wywodziły się z dokładnie tej samej tradycji intelektualnej. Nie było powodu, dla którego Cixous miałaby polemizować z Irigaray, dlatego że tradycja intelektualna była taka sama. One świetne się porozumiewały, chociaż się nie porozumiewały, bo jak mówiłam pracowały osobno. Nie było polemiki. Gdybym chciała napisać o ecriture feminine później w podobny sposób jak o wątkach anglo-amerykańskich, nie miałabym materii, nie miałabym na czym śledzić polemik, zmian itd. We Francji wszystko działo się współcześnie: Kristeva w ciągu kilku lat mówiła „wspólnota”, a później „ironia wobec wspólnoty”, Cixous – „polityka” i „poetyka”. Czy to jest to samo? One cały czas realizowały w praktyce to, co próbowały teoretyzować, czyli proces-ruch, proces-ruch. I nie pozwalały, by to się ustabilizowało. Myślę, że to późniejsze odwołanie ecriture feminine przez Cixous jest zgodne z tym myśleniem. Jeśli chodzi o Polskę, to oczywiście nie ma spadkobierczyń czy kontynuatorek ecriture feminine. Myślę, że jest tak dlatego, że główne pozycje, podstawy do myślenia o ecritutre feminine nie zostały przetłumaczone. Nie da się zrozumieć koncepcji ecriture feminine bez znajomości tych tekstów. Podstawą jest „Rewolucja języka poetyckiego” Kristevy, a ona nigdy nie została przetłumaczona na język polski Korzystanie z tłumaczeń angielskich nie zawsze dobrze służy. Na przykład to, że Irigaray zakazała tłumaczeń swoich tekstów na język angielski, związane było z tym, że były one fatalne. Ecriture nie było zrozumiane od samego początku, paradygmat amerykański został cudownie wpisany w ecriture i wszystko się zgadzało, niektóre definicje się zgadzały, np. literatury kobiecej. Ale to oczywiście się nie zgadzało, często się wykluczało. Problem polega na tym, że ecriture wypracowuje poetykę, która jest metaforyzacją metaforyzacji i po prostu tłumaczenie tego jest niezwykle trudne ­– mówiła prof. Kłosińska.

Karolina Krasuska w swojej kolejnej wypowiedzi wróciła do kwestii Ameryki i instytucjonalizacji women’s studies. Zauważyła, że to, iż po publikacji jakiejś ważnej pracy 10 czy 20 lat później pojawia się refleksja na temat jej recepcji, wynika z zapotrzebowania na książki przez studentów. Badaczka podkreśliła, że trudno wydać tę samą książkę po 20 latach, skoro już tyle zostało o książce powiedziane i została ona przedyskutowana, stąd nowe wstępy i przedmowy, które są ważkie. Dr Krasuska uznała to za przyczynę odmienności stylów – amerykańskiego i francuskiego. Panelistka dodała na zakończenie swojej wypowiedzi, że książka prof. Kłosińskiej jest próbą instytucjonalizacji literackiej krytyki feministycznej w Polsce, niezwykle ważnym podręcznikiem akademickim.

Ja tylko się wtrącę, bo mam poczucie, że krytyka feministyczna w obrębie polskiej akademii, szczególnie polonistyki, bardzo długo walczyła o uznanie, o to, że my nie mamy „żółtych papierów”. To takie moje przekonanie, które tkwi we mnie jako w studencie polonistyki. Książka prof. Kłosińskiej jest dowodem na to, że legitymizacja się dokonała – dodał dr Warkocki.

Feminarium zakończyła wypowiedź prof. Kłosińskiej podsumowująca treść i sens książki „Feministyczna krytyka literacka”:

Cała moja książka pokazuje, jak męskie twory interpretacji teorii są przerabiane i przekształcane dla potrzeb literackiej krytyki feministycznej i jak ostatecznie to przetwarzanie krytyce służyło.

Feminarium zorganizowała Fundacja „Gender Center” we współpracy z Instytutem Badań Literackich PAN. Feminarium współfinansuje m.st. Warszawa – dzielnica Śródmieście.

Tekst – Ewa Serafin
Zdjęcia – Paweł Bijak