Kobiety na skraju odrodzenia nerwowego – relacja

5 marca 2013 roku w Warszawie odbyło się Femiarium pt. „Kobiety na skraju odrodzenia nerwowego”, podczas którego na tle szerszego kontekstu społecznego przyglądano się literackim reprezentacjom tzw. macierzyństwa bez lukru. Punktem wyjścia do rozmowy była książka Marka Susdorfa „Dziennik znaleziony w piekarniku”. Spotkanie poprowadziła Agnieszka Kozłowska (Fundacja Otwarty Kod Kultury), a w dyskusji udział wzięli: dr Elżbieta Korolczuk (Södertörns University w Sztokholmie), dr Katarzyna Stańczak-Wiślicz (IBL PAN) oraz Marek Susdorf.

Spotkanie rozpoczęło się od uzgodnienia pewnych pojęć – przede wszystkim pojęcia Matki Polki, które jako pierwsza przybliżyła Elżbieta Korolczuk, współredaktorka książki „Pożegnanie z Matką Polką”.

Kiedy kończyłyśmy naszą książkę, miałyśmy poczucie, że proces żegnania się z tym fantazmatem, jak pisze o Matce Polce Maria Janion, następuje i często jest bardzo radykalny. To jednak nie oznacza, że elementy, które ustanawiały Matkę Polkę jako figurę czy jako wzór do naśladowania, zanikają. Okazuje się, że główne wyznaczniki „matkopolkowania”, czyli z jednej strony poświęcenie, a z drugiej samowystarczalność, są bardzo mocno wpisane w dyskurs oraz praktyki macierzyńskie w Polsce. Praktyki te świetnie wpisują się w neoliberalny dyskurs indywidualizmu, w ramach którego, każda osoba sama jest odpowiedzialna za swoje decyzje i w związku z tym matki, ale także całe rodziny, nie powinny niczego oczekiwać ani od państwa, ani od społeczności. Główne elementy, które konstytuowały figurę Matki Polki jeszcze w XIX w., czyli w momencie, kiedy ten fantazmat był dopiero kształtowany, są obecnie sprytnie wykorzystywane do tego, żeby przenieść koszty społeczne, np. związane z reprodukcją, na konkretne kobiety, a znieść je z państwa czy lokalnych społeczności.

Jako historyczka zajmująca się epoką powojenną muszę powiedzieć, że ten fantazmat czy mit Matki Polki trzyma się tak świetnie dlatego, że po roku 1945 roku wciąż był bardzo mocno lansowany i utrwalany – mówiła o postaci Matki Polki dr Katarzyna Stańczak-Wiślicz. To romantyczne wyobrażenie matki poświęcającej się dla rodziny, swojego dziecka, ale i narodu, było bardzo mocno konserwowane i świetnie się utrzymywało. Istotnym momentem była II wojna światowa i powojnie, kiedy wezwania płynęły przede wszystkim do kobiet, jako tych, które są silniejsze od mężczyzn – takie deklaracje pojawiały się do 1948-49 roku. Te kobiety, siłą instynktu macierzyńskiego, miały odbudować potencjał populacyjny kraju. I o ile macierzyństwo XIX-wieczne dokonywane było przy pomocy szeroko rozbudowanej sieci wsparcia życia rodzinnego, o tyle macierzyństwo po 1945 roku nadal miało być heroiczne, ale już bez tego wsparcia. Problemem powojennej Polski, ale nie tylko Polski, była olbrzymia ilość samotnych kobiet, które miały na swoim utrzymaniu dzieci – często małe dzieci. Kobiety te nie były przygotowane do podjęcia pracy zawodowej, ponieważ nie robiły tego przed wojną, brakowało im wykształcenia oraz wsparcia rodziny przy wychowywaniu dzieci. Sytuacja była patowa. Państwo wymagające od kobiet poświęcenia, rodzenia dzieci, wychowywania ich i utrzymywania, początkowo niewiele dawało w zamian. Obiecywało żłobki i przedszkola, ale z wykonaniem było różnie. Dlatego to poświęcenie matki było w cenie i w momencie, gdy doszło do największego powojennego kryzysu, w latach 80., to poświęcająca się Matka Polka znowu została wyniesiona na ołtarze.

Matka Polka jest bardzo niebezpieczną figurą – stwierdził Marek Susdorf. Każdy/a z nas słyszał/a czytał/a o Matce Polce, ale nie wiem, czy ktoś ją kiedykolwiek spotkał w rzeczywistości. Boję się, że figura Matki Polki jest fantazmatem, który trochę przykrywa to wszystko, co moglibyśmy wyciągnąć z macierzyństwa. W dyskursie mainstreamowym mamy albo Matkę Polkę, albo matkę wyrodną. W obliczu tych dwóch postaci ginie całe zaplecze macierzyństwa, które jest konkretnym macierzyństwem i konkretnymi historiami.

Zanim dyskusja przeszła na tor konkretnych historii związanych z macierzyństwem oraz towarzyszącej macierzyństwu ambiwalencji, Agnieszka Kozłowska zaproponowała refleksję nad językiem w celu odnalezienia bardziej adekwatnych pojęć do opisu rzeczywistości. Czy „super kobieta” nie jest bardziej adekwatnym i współczesnym określeniem matki? – pytała, tłumacząc jednocześnie, że właśnie w to pojęcie wpisany jest fakt bycia matką, która łączy pracę zawodową z wychowywaniem dzieci, z byciem atrakcyjną i z byciem kobietą.

Podejmując temat języka dr Elżbieta Korolczuk mówiła o rozróżnieniu, które występuje w języku angielskim pomiędzy motherhood i mothering, czyli pomiędzy macierzyństwem jako pewną ideologią macierzyńską i pewną wizją, a mothering jako po prostu wykonywaniem roli opiekuńczej. Korolczuk zastanawiała się także nad tym, czy nie warto w Polsce mocniej wprowadzić do języka słowa „matkowanie”, które, choć jest słowem starym, zostało gdzieś zagubione.

To, do czego dążyłyśmy w książce „Pożegnanie z Matką Polką”, to między innymi rozszerzenie sposobu myślenia właśnie o matkowanie w kierunku wykonywania pewnej roli opiekuńczej, która to rola nie musi być wyłącznie domeną kobiet i opisem relacji matka-dziecko, ale też relacji opieki, kiedy jedna osoba opiekuje się drugą oraz opisem relacji rodzic-dziecko. Matkowaniem są bowiem takie sytuacje, w które wchodzimy w stosunku do innych osób, np. w stosunku do przyjaciół czy osób z rodziny, które tego potrzebują, i jest to rodzaj opieki emocjonalnej, fizycznej i intelektualnej, którą możemy się dzielić nawzajem. Jest to odejście od roli, a przejście do praktyki. Jest to bardzo istotne, ponieważ pozwala wyjść poza mówienie o Matce Polce oraz pewnych mitach i stereotypach i umożliwia przejście do tego, jak ta konkretna praca jest wykonywana przez konkretne osoby w konkretnych sytuacjach – mówiła Korolczuk.

Kwestia matkowania rozpoczęła dyskusję na temat zjawiska ojcowania, stereotypów oraz podziału ról w wykonywaniu czynności związanych z gospodarstwem domowym przez mężczyzn. Jak mówiła dr Katarzyna Stańczak-Wiślicz, w Polsce dyskurs o podziale ról, wówczas – pomocy kobiecie, rozpoczął się w latach 60. Co ciekawe, kiedy robione na ten temat badania były anonimowe, wówczas więcej mężczyzn deklarowało pomoc żonom. Można więc wnioskować, że anonimowo łatwiej było się przyznać do „niemęskich” zajęć.

Po kontekście społecznym i historycznym przyszedł czas na kontekst literacki. Dr Katarzyna Stańczak-Wiślicz mówiła o literaturze dawniejszej, po 1945 roku, oraz o podejściu do macierzyństwa niekoniecznie radosnego. W dalszej części spotkania uwagę panelistek oraz publiczności, która dość szybko włączyła się w dyskusję, pochłonęła także postać złej matki, o którą, jak się okazało, w polskiej literaturze jest bardzo trudno.

Istotną kwestią, która podczas spotkania powracała kilkukrotnie, był brak ambiwalencji w obrazie matki w mediach, filmach, serialach, na portalach oraz w poradnikach skierowanych do rodziców. Między innymi właśnie o ambiwalencji mówił Marek Susdorf, wyjaśniając powody, dla których zdecydował się na napisanie książki.

Przez trzy lata pozostawałem w relacji matkowania z osobą starszą, która to relacja wymagała ogromu pracy intelektualnej, emocjonalnej oraz fizycznej – mówił Susdorf. Po części to, co wypowiada bohaterka książki, pochodzi ze mnie – jeśli chodzi o frustrację, gniew czy uwiązanie. Oczywiście są takie momenty, kiedy matkowaniu towarzyszy zadowolenie i usatysfakcjonowanie własnego sumienia, ale są też stany, kiedy ma się ochotę wyjść i wystrzelać pół miasta, włącznie z osobą, której się matkuje. W trakcie pisania tej książki, a więc około 1,5 roku temu, sporo kobiet i dziewcząt z mojego otoczenia planowało zajście w ciążę, było w ciąży lub też świeżo po urodzeniu dziecka. Bardzo długie rozmowy z tymi kobietami, po części bardzo mi bliskimi, sprawiły, że chciałem stać się dla nich swoistą tubą. Chciałem zebrać te wszystkie relacje, refleksje i doświadczenia i je opisać. Chciałem też poruszyć motyw dzieciobójstwa, z którym to motywem bardzo rzadko można się spotkać w literaturze – naszej czy w ogóle w literaturze. Postarałem się zebrać kilka takich motywów i rzeczywiście zebrałem ich dosłownie tylko kilka. Motywy te pochodzą z filmu „Antychryst” von Triera, czy opery „Norma” Belliniego – choć ostatecznie Norma rezygnuje z dzieciobójstwa. W temacie dzieciobójstwa mamy także Medeę, „Klątwę” Wyspiańskiego oraz dzieciobójstwa, które znamy z historii, i które mają pełnić funkcję ochrony dzieci, jak było to w przypadku Magdy Goebbels. Niemal każdy z tych motywów dzieciobójstwa był jednak dzieciobójstwem w ramach androcentrycznej kultury, gdzie powodem tej decyzji był mężczyzna. Tak było w „Klątwie” Wyspiańskiego, w przypadku Medei oraz w „Normie”. Dlatego też bardzo chciałem skonstruować tożsamość kobiety-matki, która dokonuje dzieciobójstwa tylko i wyłącznie dlatego, że chce tego dokonać i jest to jej decyzja.

Pozostając w temacie książki „Dziennik znaleziony w piekarniku” Elżbieta Korolczuk wyznała, że miała z tą pozycją problem, który stanowiła podkreślana zwierzęcość doświadczenia macierzyństwa. Z jednej strony to jest obnażanie pewnego tabu, które dotyczy  doświadczeń ciała i doświadczeń społecznych, ale z drugiej strony, jest cienka granica pomiędzy obnażaniem tabu a powielaniem pewnej wizji i jej utrwalaniem – wizji, w której kobieta będzie naturą, zwierzęcością, ziemią, maciorą, a świat męski będzie światem intelektu albo przynajmniej przyjemności cielesnej. Ja mam wrażenie, że ta granica została gdzieś zaburzona – mówiła Korolczuk, przechodząc następnie do opisanej w „Dzienniku” relacji matka-córka. W literaturze feministycznej, w „Śmiechu meduzy” czy u Luce Irigaray, znajdziemy taką potworną ambiwalencję, która jest wpisana w bycie matką córki. Z jednej strony jest to świadomość swojej podrzędnej pozycji jako kobiety – świadomość, którą kobiety chciałyby przekazać swoim córkom, żeby były tego świadome i żeby mogły walczyć, ale z drugiej strony to jest przekazywanie pozycji ofiary i takiego miejsca w świecie, z którego jest bardzo trudno mówić własnym głosem i bardzo trudno walczyć o siebie. Rozumiem, że w „Dzienniku” piekarnik jest takim paradoksalnym sposobem na wyjście z opresji, wyjściem poza świat, który nie daje możliwości zmiany swojej sytuacji. Jest to jednak tylko pozorne wyzwolenie, ponieważ jest to wyzwolenie polegające na anihilacji, a więc tak na prawdę jest to wypisanie się z walki. I w tym sensie to nie jest żadne wyzwolenie, tylko powiedzenie „ja nie jestem już w stanie tego zwalczyć. Nie jestem w stanie dać mojej córce nadziei, że coś może się zmienić”. I to jest dla mnie zakończenie bardzo trudne i bardzo pesymistyczne.

Na pytanie o to, czy pesymistyczne zakończenie było świadomym celem autora, Marek Susdorf zdecydowanie potwierdził. Pisząc tę książkę, byłem pochłonięty tekstami feminizmu radykalnego, które jasno mówiły: albo robimy rewolucję, albo kompletnie się odwracamy. Czegoś takiego brakowało mi w polskim nurcie. Postawienia wszystkiego na szali – albo idę, albo nie idę – wyznał Susdorf.

Spotkanie zakończyła wymiana refleksji na temat zmian systemowych, których nam jako społeczeństwu polskiemu brakuje i których potrzebujemy – przede wszystkim tych, związanych z macierzyństwem i rodzicielstwem, ale nie tylko.

Tekst: Grażyna Latos