„Jestem artystką we wszystkim, co niepotrzebne”. Kobiety i sztuka około 1960 roku

1 marca miało miejsce kolejne w tym roku feminarium. Tym razem przyczynkiem do spotkania i dyskusji była książka pod redakcją Ewy Toniak „Jestem artystką we wszystkim, co niepotrzebne. Kobiety i sztuka około 1960 roku” opublikowana przez wydawnictwo Neriton. W dyskusji panelowej wzięły udział: redaktorka książki dr Ewa Toniak (Gender Studies IBL PAN) oraz  autorki tekstów zamieszczonych w publikacji – dr hab. Agata Jakubowska, prof. UAM (Instytut Historii Sztuki UAM), prof. nadzw. dr hab. Marta Leśniakowska (Instytut Sztuki PAN). Moderatorką spotkania była dr Agnieszka Mrozik, pomysłodawczyni i organizatorka cyklu dyskusji społeczno-kulturalnych pt. „Feminaria”.

„Jestem artystką we wszystkim, co niepotrzebne” to tom pokonferencyjny, poświęcony pokoleniu kobiet, których twórczość stała się w latach 60. synonimem nowoczesności, a same artystki doceniano za ich prace zarówno w Polsce, jak i za granicą. Książka ukazuje nie tylko sukcesy polskich rzeźbiarek, architektek, fotografek, graficzek, ale także problemy, z jakimi ze względu na swoją płeć musiały borykać się w życiu zawodowym.

Kiedy pracowałam nad wystawą Aliny Ślesińskiej, artystki praktycznie nieznanej czy też zapomnianej, tak naprawdę musiałam zweryfikować jej wszystkie biogramy i zacząć pisać historię jej życia i twórczości od nowa. Wtedy pomyślałam, że być może jest tak też z innymi artystkami, tzn. mają taki swój „ekstatyczny moment” w historii sztuki jak Ślesińska – to było tylko 10 lat, właśnie na przełomie lat 50. i 60. Stąd pojawił się pomysł tej książki. Wybrałam do niej tylko te teksty, które zajmują się rzeźbiarkami, bo o nich wiemy nie za dużo, są tu też teksty o grafice, fotografii i oczywiście o architektkach. To „wyłanianie z ciemności” to był motyw najważniejszy, zasadniczy dla koncepcji tej książki – wyjaśniła dr Ewa Toniak, mówiąc o tym, jak powstała książka.

Prof. Marta Leśniakowska, aby dać pojęcie o znaczeniu, trudnościach i wymazywaniu nazwisk architektek z kart historii sztuki, pokrótce opowiedziała o uwarunkowaniach społecznych, na jakie natrafiały artystki:

Dostrzegam analogię między okresem ok. 1960 roku a czasem po I wojnie światowej. Wówczas nastąpił moment, gdy na rynku sztuki pojawiła się grupa znakomitych artystek i pierwsze pokolenie kobiet architektek. Wchodzenie przez kobiety w ten rynek było bardzo szczególne. W okolicy I wojny światowej pojawiła się generacja pierwszych profesjonalnie wykształconych na wydziałach architektury kobiet. Co charakterystyczne, będąc pierwszą generacją modernistek, wszystkie one były związane z ruchami awangardowymi. Pierwsza z architektek kończyła studia w latach 20. XX wieku i wówczas nie umiano sobie jeszcze poradzić z nazwą jej zawodu. W jednej z gazet warszawskich pojawił się anons: „Została obroniona praca dyplomowa pierwszej polskiej architektoniczki”; nie wiedziano po prostu, jakiej nazwy użyć. W ślad za tym pierwszym dyplomem, Jadwigi Dobrzyńskiej, przyszła cała grupa jej koleżanek, które naznaczyły architekturę przedwojenną w Polsce silnym rysem nowoczesności. One wszystkie były znakomicie wykształcone, wiedziały, kim są, jaką rolę wypełniają, wszystkie były wychylone w przyszłość. Jednym z takich wybitnych nazwisk było nazwisko Barbary Brukalskiej, która była współautorką pierwszej awangardowej realizacji w Polsce (była to własna willa Brukalskiej na Żoliborzu). Po wojnie sytuacja kobiet była dość trudna, ponieważ architektki musiały się zupełnie inaczej znaleźć w rzeczywistości. Dlatego rok 1960 jest charakterystyczny. Porównywanie tej nowej jakości było podobne z tym, co się wydarzyło w czasie dwudziestolecia międzywojennego. Zarówno na początku XX wieku, jak w drugiej jego połowie mieliśmy do czynienia z grupą bardzo nowoczesnych twórczyń, które były ukierunkowane na najbardziej awangardową czy też neoawangardową architekturę. Ich sytuacja społeczna była także bardzo podobna do tej obserwowanej w dwudziestoleciu międzywojennym. Kobiety mogły wyjść za mąż za kolegę architekta; był to więc patriarchalny model wejścia kobiet na rynek pracy. Po wojnie pracowały dla dużych firm architektonicznych, gdzie praca była kolektywna, przez co nazwiska kobiet rozmywały się. Często też rezygnowały z zawodu.

Wypowiedź tę uzupełniła dr hab. Agata Jakubowska. Zwróciła uwagę na sposób, w jaki twórczynie były dyskredytowane w środowisku artystycznym i w odbiorze społecznym:

Mimo że pojawiło się sporo interesujących artystek w okolicach 1960 roku, sposób pisania o nich i traktowania ich przez świat artystyczny właściwie się nie zmienił. Ta książka doskonale to pokazuje, zarówno tekst o architekturze, jak i o fotografii. To ciągle powraca. Sposób pisania o artystkach jest silnie ugenderowiony, ale w tym sensie, że wciąż wypomina się im kobiecość pojmowaną stereotypowo.

Panelistka podjęła też temat roli kobiet w tworzeniu tkaniny artystycznej:

W ramach uzupełnienia chciałam dodać, że ciekawym zjawiskiem z tego okresu, a pominiętym w tym krótkim tomie, była eksperymentalna tkanina artystyczna, bardzo dobrze się wówczas rozwijająca. To czas, kiedy tkanina artystyczna zyskała popularność na świecie. Podczas Biennale w Lozannie polskie twórczynie odniosły wielki sukces.

Jak zauważyła Jakubowska, ASP otworzyła wtedy pracownię tkaniny artystycznej. Było to miejsce sfeminizowane, tworzyło w nim tylko kilku mężczyzn. Według badaczki sytuacja ta, a także negatywne oceny krytyków, artystów płci męskiej, wskazują na dyskryminację tej dziedziny sztuki tylko dlatego, że dominowały w niej kobiety.

Namysł nad sytuacją artystek w środowisku artystycznym kontynuowała Leśniakowska:

Jeżeli patrzymy na tę kwestię z lotu ptaka, to fakt, że sytuacja kobiet się nie zmieniła w świecie sztuki, podobnie jak język, jakim pisano o artystkach, które były wystawiane – wszystko to pozwala utwierdzić nas w przekonaniu, że był to klasyczny scenariusz patriarchalny, a przemilczanie obecności tych kobiecych indywidualności było w ten scenariusz wpisane. Na artystki patrzono jak na karykatury kobiecości, porównywano je do miasta, które należy zdobyć. Tak np. pisał o architektkach Konstanty Ildefons Gałczyński. Stereotypowo postrzegano twórczość kobiet w kategoriach rękodzieła, sztuki dekoracyjnej, rzemiosła, czy też subsztuki. Tego rodzaju oceny są bardzo czytelne, np. w krytyce artystycznej, w historii sztuki. Jeśli przejrzy się książki z historii sztuki po 1945 roku, poza jedną Bożeną Kowalską, to okaże się, że tam w ogóle nie ma artystek. No, może poza dwiema, trzema, które się przebiły siłą swojego charakteru, jak Magdalena Abakanowicz.

W tym miejscu Jakubowska zauważyła:

W odniesieniu do rzeźbiarek chcę podkreślić, że zawsze pisze się o ich drobnych rączkach, które muszą się mierzyć z materią. To się wszędzie pojawia, nawet w tytułach recenzji. Wciąż pojawia się pytanie, jak te drobne rączki sobie radzą. To pokazuje useksualnienie krytyki sztuki. Nikt o rzeźbiarzu nie pisał, jakie ma muskularne dłonie.

Do tej pory panuje przekonanie, że aby zostać architektką, trzeba najpierw przestać być kobietą – dodała do wypowiedzi przedmówczyni Leśniakowska.

Agnieszka Mrozik zauważyła, że zbiór pod redakcją Ewy Toniak, jakkolwiek niewielki, już odgrywa bardzo ważną rolę w historii sztuki i w przywracaniu nazwisk kobiet, które tworzyły, ale zostały całkowicie wymazane z pamięci. Panelistki zgodnie stwierdziły, że książka podjęła niezwykle ważne zagadnienie i wyraziły nadzieję, że m.in. dzięki niej badania nad sztuką tworzoną przez kobiety znajdą dobry grunt do rozwoju, a w konsekwencji przywrócą, a niekiedy wręcz odkryją nazwiska zapomnianych artystek.

Dyskusja wzbogacona była o pokaz prezentacji multimedialnych.

Tekst: Ewa Serafin