Marek Susdorf, Müller, Kertész, Jelinek, Lindsay i Eugenides o statusie dziecka w patriarchacie. Dzieci jako teren pod patriarchalną kolonizację

Według psychoanalizy kultura/system opierają się na zasadzie poskramiania popędu seksualnego u wychowywanych dzieci , które potem przeistaczają się w pełnoprawne podmiotowości patriarchalne. Zatem naczelnym celem patriarchatu będzie odebranie dzieciom mocy oraz zakazanie pobudzania zwierzęcych popędów. Poskromić popęd można drogą edukacji. Sposoby na edukację zaś patriarchat zna dwa – sposób intelektualny, podbudowany teoretycznie (wykładanie wiedzy, którą należy przyswoić i do której zasad należy się stosować) oraz cielesny (system kar/nagród).
Kary cielesne są jednym z – jak się wydaje – najbardziej skutecznych sposobów na przygotowanie dziecka do patriarchalnego życia i stanowienia. Alice Miller w swej książce „Zniewolone dzieciństwo”  przytacza fragmenty niegdysiejszych poradników wychowawczych (przede wszystkim skierowanych do OJCÓW – szczycących się pełnią systemowych praw) oraz wskazuje na to, iż tzw. czarna pedagogika – oparta na fizycznym poskramianiu popędów u dziecka, nawołująca do odpodmiotowienia dziecka – ma związek z późniejszą brutalnością u ludzi dorosłych: pozbawionych empatii, współodczuwania i instynktów czułości, ponadto przepełnionych pełną przekłamania wiarą patriarchalną, wreszcie zdolnych do popełniania największych zbrodni na milionach ludzi.

„Niziny” Herty Müller są doskonałym obrazem patriarchalizowania dzieci; doskonałym, bo oddanym w języku dziecka, które najdosadniej potrafi pokazać to, co dzieje się z nim i wokół niego w okresie przyłączania go do systemu. Narratorka, mieszkanka banackiej wsi, mieszkająca z ojcem pijakiem i matką – zapracowaną, znerwicowaną kobietą nierzadko zastraszaną przez męża – przedstawia nam w niezwykle barwny i plastyczny sposób środowisko, w którym przychodzi jej egzystować oraz proces dorastania, któremu musi stawić czoło. Dziewczynka jest zmuszana do robienia rzeczy, których nie znosi i których tak naprawdę nie chciałaby robić (np. spania w dzień, co nakazuje jej babcia). Za niedostosowanie się do panujących reguł czekają srogie kary cielesne (bicie przez matkę i babcię) oraz poczucie winy. Tak naprawdę nikt z narratorką się nie liczy, czemu ona specjalnie się nie dziwi (a jeśli się dziwi, to w ten sam sposób, w jaki zaskoczyłby ją śnieg padający w środku lata – przyjmuje daną sytuację, być może ze zdziwieniem się jej przygląda, ale podąża ścieżką, którą każe się jej podążać). Dzięki Hercie Müller możemy wyobrazić sobie, w jaki sposób dziecko reaguje na surowe zasady patriarchatu – z zaskoczeniem na ich nieracjonalność i brak logicznej konsekwencji, ale zarazem z biernym podporządkowaniem się im. Bohaterka więc staje przed obcym sobie światem; cechuje go solidna konstrukcja hierarchii, którą nic nie jest w stanie zaburzyć. Na czele owego porządku stoi osoba dziadka, pełniącego funkcję mentora i teoretycznej wykładni systemu patriarchalnego: to on objaśnia wnuczce zasady kierujące światem. I choć jego tłumaczenia bardzo często są nieracjonalne i nie mają zbyt wiele wspólnego z dającymi się poznać empirycznie faktami, to dziewczynka nie może zrobić nic innego, jak chwilę się podziwić, następnie przyjąć wyłożone reguły i używać ich do późniejszych aktywności poznawczych. Co istotne, w opowiadaniu figurami podtrzymującymi cały system są kobiety – babcia i matka. To one najwięcej pracują, one opiekują się główną bohaterką, one wymierzają cielesną karę, jeśli wyczują choć moment niesubordynacji u niej. One są tak naprawdę strażniczkami i opiekunkami doglądającymi porządek w systemie. Rola ojca jest równie charakterystyczna. Choć mężczyzna ciężko pracuje, to często przebywa w wiejskiej gospodzie i upija się. Jego funkcja jest cicha, ledwo zauważalna, ale kategoryczna – to on jest w stanie pogrozić matce nożem, gdy ta płacze z powodu jego pijaństwa, to przez ojca matka histeryzuje i wyżywa się na córce. Ojciec, jako uprzywilejowany w patriarchacie, może sobie na bardzo dużo pozwolić, bo choć prowadzi ciężki żywot banackiego wieśniaka, to zdecydowanie jest panem swojego domu, nawet jeśli panem bez korony.
Na dwa motywy w opowiadaniu Müller należy zwrócić szczególną uwagę. Pierwszy z nich to czułość i niesamowita empatia, jaką narratorka odczuwa w stosunku do zwierząt, traktowanych na wsi niezwykle brutalnie. Dziewczynka, choć sama nakłuwa ciałka motyli na szpilki, to reaguje bardzo emocjonalnie na kopane przez wieśniaków psy, na ubijane świnie czy nieprawnie zabitego cielaka. Dowodzi to w istocie pewnej „zwierzęcości” dziecka, przez co możemy rozumieć „wszystko to, co patriarchat odrzuca w kreowanym przez siebie człowieku” . Narratorka-dziecko jako tożsamość wykluczona i jeszcze niewkluczona w system patriarchalny, będąca w fazie liminalnej, sama traktowana jako bezpodmiotowa istota, odczuwa jedność z otaczającym ją światem, z florą i zwierzętami. Łączy ją silna i głęboka więź z otoczeniem, dziewczynka, jak to opisuje Müller, doznaje nawet chwilowego psychotycznego wyłomu  i rozproszenia ledwo ustrukturowanej tożsamości. Oznacza to, że w owej fazie liminalnej podmiotowość jest niezwykle płynna, dopływa do brzegu patriarchalnej konstrukcji, dopasowuje się w nią na chwilę po to, by za chwilę odpłynąć i wtopić się w bezmiar a-podmiotowości świata, a-podmiotowości nieświadomości.

Cielesność jest jednym z najbardziej negatywnie nacechowanych elementów w patriarchacie – systemie, w który musi się wdrożyć bohaterka opowiadania. Dziewczynka zauważa, że fizyczność jest piętnowana i choć otacza nas wokół i sami nią jesteśmy, powinniśmy się jej wystrzegać. Reguła ta dochodzi do absolutnych absurdów: kobiety we wsi, przebierając się, „podchodzą do szaf, patrzą w sufit, żeby nie widzieć własnej nagości, ponieważ w każdym pokoju może zdarzyć się coś, co będzie hańbą lub sprośnością”, a przecież tylko „wystarczy nago popatrzeć w lustro albo przy nakładaniu pończoch pomyśleć o tym, że dotyka się swojej skóry. W ubraniu jest się człowiekiem, bez ubrania – nie.”  Radykalny podział na to, co zwierzęce (cielesność, fizyczność) oraz ludzkie (czystość, rugowanie popędów) rodzi hierarchię, w której zwierzęta są czymś okropnym i przepełnionym bezmyślną brutalnością, a człowiek, pełen humanizmu i świadomy ohydztwa panoszącego się wokół niego, jest faworyzowany – tak rodzi się uwielbienie do wytworzonego „człowieczeństwa”, jego gloryfikacja, humanoerotyzm wreszcie. W ten zatem sposób rodzi się właśnie człowiek – dzięki ubraniu. Cała reszta to splugawione paskudztwo, którym człowiek patriarchalny musi rządzić i panować, nawet jeśli staje się niekiedy bardziej brutalny od „przyrodzenie brutalnych” zwierząt.
Natomiast narratorce bardzo potrzebna jest owa cielesność, owa fizyczność. Niezwykle znaczące są momenty, w których dotyka ona swojego ojca, czesząc jego włosy. Czynność ta jest dla dziewczynki niezwykle przyjemna: ojciec ma włosy gęste, „szorstkie i ciężkie” . Ta możliwość dość swawolnego cielesnego kontaktu ograniczona jest jednak przez zasadę, od której nie ma odstępstwa – dziewczynka nie może pod żadnym warunkiem dotknąć twarzy ojca. Jest to zakaz, nałożone tabu: jeśli podczas czesania nawet nieuważnie to uczyni, ojciec wstaje i przerywa kontakt, wychodzi i milczy, a matka ruga córkę, mówiąc: „ty musisz zawsze wszystko popsuć” . Sytuacja nieracjonalnego, niewytłumaczonego żadną przyczyną patriarchalnego tabu jest jedną z głównych zasad panujących w systemie. Dlaczego nie można złamać tabu? Bo nie, i na tym wyjaśnienie się kończy, takie powinno wystarczyć. Zasad się nie łamie: dlaczego?, bo nie. Motyw ten został dość wyraźnie ukazany we fragmencie książki Imre’a Kertésza, w którym narrator, mały chłopiec, w trakcie wyprawy tramwajem do bliżej nieokreślonego celu pyta się swojego ojca (!), dlaczego wysiadają na przystanku wcześniejszym, skoro z następnego z kolei jest bliżej do miejsca, do którego zdążają – należałoby „wrócić tylko kilka kroków”. Na pytanie narratora: dlaczego?, ojciec odpowiada „bo nie wracam”. Kiedy chłopiec ponawia pytanie, ojciec ponawia odpowiedź: „Już mówiłem, bo nie wracam” . Tak stanowcze odmówienie podania powodów dla dokonywanych decyzji w obu sytuacjach wskazuje na to, że dziecko nie tylko nie ma prawa znać żadnych powodów, ale także w ogóle nie powinno o nie pytać. Dziecko, jako wykluczone, nie jest partnerem do rozmowy, jego pozycja w społecznej hierarchii jest tak niska, że w ogóle nie trzeba zwracać na jego intelektualne potrzeby uwagi, tak więc spory obszar wiedzy nie jest dla niego dostępny. Swoją drogą – prawdopodobnie nigdy nie będzie, gdyż nie wiadomo, czy obaj ojcowie, sami wychowani w patriarchacie, znają odpowiedź na zadawane przez swoje dzieci pytania. Być może owo tabu, w teraźniejszości bezpośrednio z nimi związane, kryje za sobą nieznaną im samym tajemnicę, a może po prostu pustkę systemowego zakazu.

Elfride Jelinek w powieści „Wykluczeni” przedstawia nam sfabularyzowaną historię patriarchalizowania dzieci wraz z nieoczekiwanymi skutkami, które może ono spowodować. Historia życia czterech młodych ludzi – bliźniaków Anny i Rainera, Sophie oraz Hansa opowiada o wykluczeniu z systemu, wykluczeniu z własnej podmiotowości, wykluczeniu z własnego życia, z nadania kierunku własnemu libido, wykluczeniu z samych siebie wreszcie. Cała czwórka, choć ich tło rodzinne, materialne i mentalne niezmiernie się różni, jest do siebie podobna: wszyscy wychowywani byli i są w systemie patriarchalnym, obowiązkowo narzuconym i nieznoszącym sprzeciwu. Hans, jako syn lewicowej aktywistki, jest wydziedziczony z tej najbardziej osobistej z możliwych własności – z własnego życia. W oczach matki nie ma prawa do samodzielnego, autonomicznego myślenia, jedynym jego przeznaczeniem jest podzielenie losu ojca, czyli walka (i możliwie – śmierć) o socjalizm. Matka nie rozumie, że zmuszając Hansa do walczenia o wolność i równość klas, sama wprowadza mentalną hierarchię w swojej rodzinie, sama zniewala Hansa i wyklucza go z jego własnej podmiotowości.
U Anny i Rainera sytuacja przedstawia się bardziej drastycznie. Nieprzebierający w środkach ojciec bliźniaków, były oficer SS, jest wzorcem patriarchalnego mężczyzny, więcej – ideałem patriarchalnego Ojca. Na wzór rzymskiego pater familias Otto Witkowski p o s i a d a (w sensie jak najbardziej dosłownym) życie i umysły członków rodziny: swojej żony oraz dwójki dzieci. Ojciec jest tutaj figurą znaczącą oraz autonomicznie funkcjonującą, pozostała trójka w rodzinie jest dekoracją, choć dekoracją absolutnie konieczną. Jego władza jest nieograniczona, panuje nad umysłem (konkretne wychowanie, ustanowienie hierarchii mentalnej) i ciałem (pełen dostęp do cielesności żony, bicie jej oraz dzieci). Matka również spełnia swoją rolę patriarchalnej matki w sposób wzorcowy – jest wielce użytecznym meblem, który gotuje, sprząta, dba o ojcowskie potomstwo i daje się kopnąć, gdy właściciel o niego zahacza nogą bądź gdy mebel nie stoi we właściwym dla siebie miejscu.
Władzę ojca widać najwyraźniej w sytuacji, gdy pan Witkowski pokazuje (uczy go) Rainerowi, jak należy panować, jak ustanawiać patriarchalną hierarchię i w jaki sposób dzierżyć berło władzy (w sensie jak najbardziej dosłownym, gdyż berło władzy patriarchalnej/ojcowskiej to męski członek). Świat, w który ojciec wprowadza Rainera, to świat brutalnego odebrania autonomii podmiotowej wszystkim, którzy stoją w systemowej hierarchii niżej. Owo odebranie autonomii obejmuje przedmiotowe traktowanie kobiety, kobiety, którą Rainer musi w przyszłości zdobyć, zniewolić i przemienić w umieszczony na swoim miejscu w mieszkaniu mebel. Scena w samochodzie, gdy Otto Witkowski masturbuje się obok prowadzącego pojazd syna, w niezwykle makabryczny, ale też plastyczny sposób pokazuje, w jaki sposób władza zostaje przekazana z ojca na syna. Ta na wskroś cielesna scena uświadamia, że wychowanie do konkretnej roli – patriarchalnego mężczyzny – polega na zgwałceniu syna przez patriarchalnego fallusa ojca; na ukazaniu patriarchalnego fallusa w całej jego wydumanej wielkości i respekt mającej budzić wertykalności. To, że Rainer odrzucił Ojca (czyli patriarchat), a także rolę, jaką miał spełniać w systemie, oznacza, że świadomy swojego losu i wykluczenia wybrał jeden z nielicznych sposobów na ucieczkę od wszędobylskiego systemu. Rainer zabija ojca i wszystkich członków rodziny. O tym, iż jest to tyle desperacki, co nieskuteczny sposób na pokonanie patriarchatu, świadczy fakt, że sytuacja tak naprawdę się nie zmieniła. Morderstwo nie przywróciło Rainerowi podmiotowości, która z pewnością zostanie ostatecznie zduszona w zakładzie karnym, w którym Rainer spędzi – całkiem możliwe – całe swoje życie. W ten smutny sposób Jelinek pokazuje, że dziecko w swoim wykluczeniu postawione jest w sytuacji tragicznej, niczym Antygona nie ma wyboru, nie ma wyjścia pozytywnego: cokolwiek uczyni, w konsekwencji zostanie usidlone i stłamszone. Dziecko może albo się poddać, albo niczym dochodiaga desperacko rzucać się na druty okalające tereny obozu koncentracyjnego.

Tak więc ucieczka od systemu narzuconej kradzieży podmiotowości u dzieci/nastolatków wydaje się być nieskuteczna, choć taki sposób wybierają bohaterowie dwóch całkiem podobnych do siebie treściowo powieści – Joan Lindsay „Piknik pod Wiszącą Skałą” oraz Jeffreya Eugenidesa „Przekleństwa niewinności”. W obu tekstach mamy do czynienia z pewną grupą młodych dziewcząt, które wychowywane są w bardzo restrykcyjny patriarchalnie sposób. Wychowanki pensji surowej pani Appleyard żyją w zupełnym oderwaniu od siebie samych, ich wykluczenie polega na tym, że tak naprawdę są na świecie same (więc podwójnie nie znaczą nic, gdyż nie mają nikogo, kto mógłby się w sytuacji krytycznej za nimi wstawić), zdane na łaskę i niełaskę właścicielki pensji, całkowicie od niej zależne i pozbawione samostanowienia, przymuszane do przyjęcia twardych zasad, które panują w świecie. Sytuacja dziewcząt z powieści Eugenidesa jest całkiem podobna i opiera się na tym samym problemie, gdyż surowa matka izoluje dziewczęta od świata i problemów dorastania, wychowuje je w nieugiętych zasadach patriarchalnej porządności. Niezwykle znamienne przede wszystkim jest to, że treść obu powieści opowiada o losach  d z i e w c z ą t, które muszą zmierzyć się z nieustępliwym systemem. Sytuacja kobiet jest bowiem o tyle trudniejsza i bardziej skomplikowana, że muszą one przystosować się do systemu, który tak naprawdę nie jest ich, ale został im narzucony. Odnalezienie się w nieswoim porządku okazuje się wielce trudne dla bohaterek obu książek, trudne i nierzadko niezrozumiałe. Ostatecznie, buntują się przeciwko tym regułom. Chociaż surowe zasady obowiązujące w australijskiej pensji i amerykańskim domu wpływają na dziewczęta wielorako (każda reaguje odmiennie na formatowanie swojej tożsamości do pożądanych ról), jedno jest pewne – wszystkie one rezygnują: postawione w roli wykluczonych, odwracają się od systemu i nie chcą być wkluczone w role kobiet, słowem: wszystkie wybierają śmierć. Jeśli w „Pikniku pod Wiszącą Skałą” tajemnicą owiane jest zniknięcie dziewcząt, to znaczyć ono może właśnie rezygnację – ostateczną, desperacką, ale jedyną z możliwych, gdyż stanowiącą całkowite odcięcie się od systemu (możliwe jedynie w psychotycznym wyłomie bądź śmierci). Samobójstwo okazuje się jedynym tak skutecznym uniknięciem jarzma systemowego, z czego doskonale zdają sobie sprawę dziewczęta z domu państwa Lisbon . Wszystkie po kolei, zacięcie i z premedytacją walczą… nie ożycie, lecz o śmierć. Niektóre – ratowane z samobójczych prób – czynią to po raz drugi. Napisana lekkim językiem powieść Eugenidesa przynosi nam odpowiedź na sartre’owskie zapewnienie o wolności – jedyną pewną drogą do wolności, zdają się mówić wykluczone z podmiotowości siostry Lisbon, bohaterki powieści Eugenidesa, jest ten punkt – apogeum samostanowienia, czyli krzyknięcie systemowi: NIE! Jest to ostatnie i ostateczne, choć jedyne w pełni autonomiczne, przemówienie podmiotu. Tak jakby Lindsay i Eugenides pisali: nasze bohaterki samobójczynie rezygnują z wątpliwego daru, jakim jest dla nich życie w patriarchalnym systemie, i – stęsknione za swoją prawdziwą ojczyzną (matczyzną?) poprzez śmierć wracają do własnego życia.

Wkluczanie dzieci w patriarchat jako proces ich kształtowania w konkretnie polityczny dla męskich rządów sposób (odbywające się w sposób brutalnie tak cieleśnie, jak i mentalnie) może być przedstawiane jako gwałt dokonany na istocie czystej podmiotowo; na zwierzęciu, jakim moglibyśmy nazwać dziecko. Ze zwierzęcia czyni się człowieka po to, by reprodukować patriarchat oparty na znanych zasadach. Jako że proces ten odbywa się wcześnie w życiu dziecka i za przyzwoleniem rodziców i dalej: państwa, ośrodków kolportujących władzę (religię, szkolnictwo, naukę, media), jego rezultaty wydają się nieuniknionym przeznaczeniem każdego człowieka. Brak subordynacji surowo karze się więzieniem lub szpitalem psychiatrycznym; jednostki najbardziej niechętne w oddaniu swojej podmiotowości kończą w samobójstwie. Należy zatem uświadomić sobie, że dzieci w patriarchacie są niezwykle istotne z konkretnych powodów, ba!, są niemal konieczne – ich odebranie matkom (np. poprzez symboliczny chrzest, niejako oczyszczający dziecko od brudu matki) oraz edukacja oparta na patriarchalnych zasadach bezsprzecznego posłuszeństwa, wpajanie wiary w nierealnego boga karzącego za nieprzestrzeganie nierzadko irracjonalnych zasad, przestrzeganie tabu regulujących zachowania międzyludzkie – wszystkie te apekty są obligatoryjne, umożliwiają bowiem spokojną reprodukcję patriarchatu. Sposób prowadzenia dyskursu antyaborcyjnego (patriarchatu nie obchodzą rozczłonkowane ciałka „pomordowanych dzieci”) i wciąż silna pozycja Kościoła (tak samo: system nie interesuje się uskrzydlonymi duszyczkami nieletnich) wskazują na to, jak bardzo dzieci i przestrzeń ich nieskolonizowanych jeszcze umysłów są istotne dla systemu, dla rozplenienia się jego władzy w przyszłość. Nowe pokolenia to po prostu nowe tereny do zasiedlenia.