Agnieszka Mrozik, Danuty Wałęsy sny o rewolucji

Recenzja ukazała się w „Bez Dogmatu” 2012, nr 91
Danuty Wałęsy sny o rewolucji
Nie milknie szum wokół autobiografii Danuty Wałęsy Marzenia i tajemnice. Książka ukazała się pod koniec 2011 roku i z miejsca zyskała duży rozgłos, a co za tym idzie – bardzo dobre wyniki sprzedaży (po kilku tygodniach od pojawienia się na rynku zanotowano sprzedaż ponad trzystu tysięcy egzemplarzy). W dyskusję nad znaczeniem wspomnień byłej prezydentowej dla polskiego życia publicznego zaangażowały się reprezentantki i reprezentanci świata mediów, polityki, nauki i kultury, przedstawicielki i przedstawiciele różnych opcji politycznych i światopoglądowych. Co w nich dostrzegli? Czy książka Danuty Wałęsy jest tak bogata w znaczenia, by ich analizie poświęcać dziesiątki stron w prasie i długie minuty audycji radiowych i telewizyjnych? Czy ma ona taką siłę, że nie tylko może doprowadzić do zachwiania solidnych fundamentów małżeństwa prezydenckiej pary (w połowie lutego 2012 roku w mediach pojawiły się pogłoski, że związek państwa Wałęsów przechodzi kryzys, a były prezydent myśli o wyprowadzce ze wspólnego domu), ale też wpłynąć na ocenę polskiej historii ostatnich dziesięcioleci  czy chociażby (a może przede wszystkim?) zmienić życie tysięcy Polek, które w losie Danuty Wałęsy rozpoznały własny ?

Narracyjny majstersztyk

Na sukces autobiografii Danuty Wałęsy składa się wiele czynników. Wśród nich nie do przecenienia wydaje się sprawność narracyjna i kompozycyjna książki – umiejętne operowanie mocno osadzonymi w kulturze i literaturze gatunkami, stylami oraz schematami fabularnymi i narracyjnymi. Znajdziemy tu i elementy romansu, i powieści obyczajowej, baśni o Kopciuszku, poradnika i starej dobrej parenezy, która terapeutyczny wymiar opowieści równoważy konkretnymi pouczeniami i napomnieniami. Wszystkie te „kobiece” gatunki i narracje splatają się w ciasny węzeł, z którego czytelniczki ciągną różne nitki: jedne odnajdą we wspomnieniach Wałęsy historię stabilnej, choć trudnej miłości, inne – awansu klasowego skrojonego na polską miarę, a jeszcze inne – kobiecego buntu i wybijania się na niezależność.
Zwróćmy jednak uwagę, że w tym bogactwie gatunków, stylów i narracji proporcje pomiędzy poszczególnymi rodzajami opowieści nie rozkładają się równomiernie. Historia dzieciństwa i młodości Danuty Wałęsy opowiedziana jest krótko, oszczędnie, zupełnie jakby całe życie autorki zaczęło się dopiero wtedy, gdy „pewien elektryk” zajrzał do gdańskiej kwiaciarni, w której wówczas pracowała. Taki rozkład akcentów niemal zupełnie wymazuje życie Danuty „sprzed Lecha”: jej  dziewczęce rozterki, pragnienia, sekrety znikają w mrokach niepamięci, podobnie jak spore ambicje ujawnione chociażby przy wyprowadzce z ciasnego wiejskiego domu, który dzieliła z rodzicami i licznym rodzeństwem. Inaczej niż w harlekinach, które Polki pochłaniały jeszcze kilka lat temu, faza romansu, zakochania, wzajemnego poznawania się Danuty i Lecha także trwa krótko: przygoda kończy się przewidywalnie – ślubem, a dreszcz (seksualnych) ekscytacji (jeśli takie były, bo autorka unika zwierzeń intymnych) gaszą narodziny kolejnych dzieci i proza domowego życia. Najdłuższy fragment historii życia byłej prezydentowej – właśnie ten domowy, rodzinny – urozmaicają wydarzenia, które rzadko dotyczą jej samej (jak moment odebrania Nagrody Nobla – jednorazowy fajerwerk ambicji i dumy z własnego osiągnięcia: podróży do obcego kraju, bez znajomości języka, i umiejętności „znalezienia się” na europejskich salonach), a częściej innych osób: męża i jego współpracowników, przedstawicieli władzy, mediów, a później dzieci i ich dzieci. Sama bohaterka i narratorka znika, ginie w gęstwie wspomnień o wielkiej polityce i jej aktorach, a miejsce jej cichnącego głosu wypełniają stopniowo pouczenia i porady z gatunku „Co jest w życiu ważne”.
Powie ktoś, że opowieść Danuty Wałęsy to „sama prawda”: prawda życia przeciętnej kobiety, Polki, żony i matki, wprzęgniętej w kierat domowych obowiązków, samotnej w związku, sfrustrowanej, a wreszcie zbuntowanej. Kłopot w tym, że autobiografia nie jest „życiem samym”: to opowieść skonstruowana, relacjonowana z pewnej perspektywy, z zachowaniem dystansu czasu i miejsca, który opowiadająca pokonała między punktem wyjścia i dojścia. To teraźniejsza sytuacja narratorki kształtuje jej opowieść o przeszłości, decyduje o wyborze faktów z życia, takim, a nie innym ich uszeregowaniu, nacisku na pewne wydarzenia przy całkowitym pominięciu innych. Aktualny stan świadomości, światopogląd, wiara, przekonania autorki odciskają się na jej opowieści o minionym życiu, czyniąc przeszłość stawką w grze o władzę jak najbardziej współczesną. W tym przypadku gra toczy się o władzę nad „duszami” Polek: o to, jak będą się kształtować ich oczekiwania i aspiracje, jak będzie wyglądać ich system wartości. Wałęsa sięga po tzw. kobiece gatunki i narracje, ale nie wybiera z nich tego, co krytyka feministyczna od dawna uznaje za cenne: mało tu miejsca na ekspresję kobiecych pragnień seksualnych, żądzę przygody i władzy – jeśli nie w sferze publicznej, to przynajmniej rodzinnej. Książka promowana jako „kobieca opowieść o kulisach wielkiej polityki” w wielu punktach okazuje się zgodna z wersją obowiązującą, mężowską: wrogowie Lecha są zwykle portretowani krytycznie, a przyjaciele raczej przychylnie. To mąż i jego świat znajdują się bowiem w centrum opowieści Danuty Wałęsy nawet wtedy, gdy pojawia się okazja, by wreszcie przemówiła o sobie i o tej „kuchni” wielkiej polityki, w której znaleźć można przecież tak wiele smaczków. Kobieca narracja, która ma szansę rozsadzić dominującą, patriarchalną opowieść, wytraca tu swój potencjał – ucisza gniew, który sama wzbudziła, przynosi uspokojenie, pociesza, pacyfikuje bunt.

Co się (nie) mieści w opowieści

Marzenia i tajemnice świetnie sprzedają się pod szyldem „kobiecego gniewu”, „buntu”, „wychodzenia z cienia mężczyzny”. Danuta Wałęsa powtarza, że przez lata żyła „schowana”, chociaż miała swoje „marzenia” (nie ambicje), że mąż nie liczył się z jej zdaniem, ignorował jej potrzeby, aż z czasem zaczęli żyć w dwóch różnych światach, które coraz mniej do siebie przystawały. Ten „bunt” i to „przebudzenie”, ten „gniew” i to „pragnienie wypowiedzenia siebie” niektóre feministki uznały za doniosły krok na drodze do emancypacji i samej prezydentowej, i – dzięki odwadze jej opowieści – tysięcy Polek . Ten optymizm dziwi, zwłaszcza gdy przyjrzymy się temu, co opowieść Wałęsy skrywa, i bardziej jeszcze – co eksponuje.
Prezydentowa wielokrotnie mówi, że małżeństwo w pewnym momencie ją rozczarowało. Mąż nie tylko nie był „księciem z bajki”, ale nie był też elementarnie partnerski w relacjach rodzinnych: rzadko pomagał w domu, bo albo zatrzymywała go milicja, albo konspiracyjna robota, wobec dzieci nie był szczególnie ciepły czy uważny (zdarzało mu się przewozić „bibułę” w dziecięcym wózku i spędzać za to noc na komendzie z płaczącym niemowlęciem na ręku). Nawet jeśli uznamy, że jego zachowanie nie odbiegało zbytnio od męskiej PRL-owskiej średniej, to mimo wszystko dziwi, że po latach pani Danuta nie zająknie się, czy myślała o rozwodzie. Albo chociaż o romansie, „skoku w bok”, który dałby jej przynajmniej odrobinę satysfakcji. Myślała? Nie myślała? Nie wiemy. Podobnie jak nie dowiemy się, czy kiedykolwiek planowała kontrolę urodzin kolejnych dzieci. Mimo iż warunki ku temu były, bo tuż po wojnie wprowadzono znaczne ułatwienia rozwodowe, a ustawa z 1956 roku zliberalizowała restrykcyjne stalinowskie prawo antyaborcyjne. Działały także poradnie świadomego macierzyństwa, a w dyskursie publicznym istniało dużo większe niż obecnie przyzwolenie na mówienie o niechcianym macierzyństwie.
A jednak opowieść o kolejnych latach swojego życia Danuta Wałęsa odmierza rozdziałami poświęconymi narodzinom kolejnych dzieci. Ani poważne problemy zdrowotne, które ujawniły się przy okazji jednej z ciąż, ani tym bardziej brak silnej, bliskiej więzi w tak dużej rodzinie (co sama autorka przyznaje ze smutkiem), nie weryfikują jej wiary w moc, która płynie z rodziny. Wręcz przeciwnie: w rozsianych w różnych miejscach autobiografii „złotych myślach” dominuje przeświadczenie, że w życiu kobiety rodzina jest najważniejsza. Nawet jeśli stosunek Danuty Wałęsy do formuły rodziny zmienił się z czasem – małżeństwa kilkorga jej dzieci zakończyły się rozwodem, a zatem dziś łagodniej patrzy na tzw. długie narzeczeństwo, wspólne mieszkanie przed ślubem – to jednak jej wiara w samą instytucję rodziny nie zachwiała się. Czerpie ją zaś nie tyle z własnego doświadczenia, ile z religii, nauczania Kościoła i papieża Jana Pawła II, z którym, jak podkreśla, miała głębszą więź niż z własnym ojcem, a porozumienie większe niż z mężem.
Z obszernych fragmentów poświęconych papieżowi, Bogu, Kościołowi wynika, że religia pełni bardzo ważną rolę w życiu autorki; jest „kompasem moralnym”, który wskazuje jej drogę. Nawet jeśli o niektórych przedstawicielach Kościoła Wałęsa wypowiada się krytycznie (wskazuje ich grzechy pychy, nieumiarkowania, chciwości), jej wiara w Boga i w papieża pozostaje niewzruszona. Tak działa opisana przez Barthesa „szczepionka”: poprzez wytknięcie jednostkowych błędów system oczyszcza się, ale bynajmniej nie zmienia. Wałęsa nie powtarza wprawdzie katolickiego memento: „Kobieto, nieś swój krzyż”, ale w istocie do tego sprowadzają się jej utyskiwania na męża. Wiara przynosi pociechę w chwilach zwątpienia: kiedy pani Danuta nie zajmuje się ogrodem, chodzi do kościoła. Przy tych czynnościach, podobnie jak przy działalności charytatywnej w fundacji, której jest współtwórczynią, wypoczywa i nabiera sił do dalszych zmagań z losem. Jej życie biegnie zatem torem ustalonym, dokładnie takim, jakie kultura patriarchalna przewidziała dla kobiet w średnim i starszym wieku, a które tak wnikliwie opisała Simone de Beauvoir w Drugiej płci. Szczęście Danuty Wałęsy polega jednak na tym, że w odróżnieniu od tysięcy Polek na emeryturze, dzielących swój czas między kościół, ogród i opiekę nad wnukami, może sobie pozwolić na podróże, spotkania ze znajomymi, „bywanie” na salonach. Tym bardziej smuci i niepokoi fakt, że nie tylko nie zachęca swoich czytelniczek do „wyjścia z domu”, ale wręcz jak mantrę powtarza, że najważniejsza dla kobiety jest rodzina i miłość.
Ów katolicki przekaz o powołaniu kobiety do rodzinnego życia współgra w opowieści prezydentowej z kapitalistycznym dyskursem terapeutycznym, poradnikowym, który przedsiębiorczość kobiet sprowadza do sfery emocji, uczuć. Zwraca na to uwagę socjolożka Eva Illouz w książce Consuming the Romantic Utopia: mężczyzna produkuje w sferze publicznej, a kobieta w sferze prywatnej; on ratuje świat, ona – związek; on wypatruje kryzysów politycznych, ona – objawów kryzysu w małżeństwie itd. Zgodnie z tą zasadą opowieść Danuty Wałęsy można czytać jako próbę nawiązania porozumienia z oddalającym się czy też już oddalonym mężem, walkę nie tyle z relacją, która ją zniewoliła, ile wciąż o tę właśnie relację, bez nadziei na zmianę panujących w niej reguł. Takie jest też przesłanie współczesnych poradników i magazynów kobiecych: nie pytaj, kobieto, co twój partner może zrobić dla ciebie, ale o to, co ty możesz zrobić dla niego i dla związku. W takim układzie kobieta nie jest nikim więcej jak tylko „radarem” nastawionym na częstotliwość „Emocje partnera/ stan związku”.
Po lekturze tak skonstruowanej opowieści Danuty Wałęsy nie daje mi spokoju pytanie: czy naprawdę nie istnieje dla kobiet w Polsce żadna inna ścieżka emancypacji niż ta, która wiedzie przez lekturę pism Ojców Kościoła i poradników?

Opowiedz mi moją historię

Od pewnego czasu polskie celebrytki i polscy celebryci funkcjonują w przestrzeni publicznej nie tylko jako specjaliści w swoim fachu (aktor(ka), piosenkarz/ka, prezenter(ka)), ale także jako eksperci od różnych wymiarów życia społecznego, rodzinnego, emocjonalnego. Oto Kinga Rusin wystąpiła niedawno w roli ekspertki od związków, a właściwie „rozwiązków” po tym, jak opisała rozpad swojego małżeństwa z Tomaszem Lisem. Oto Katarzyna Cichopek zadebiutowała w roli sexy-mamy, udzielając młodym matkom porad, jak wrócić do formy po ciąży i porodzie. Oto Krzysztof Ibisz walczy na łamach kolorowych magazynów i na kartach swojej książki z kryzysem wieku średniego wśród mężczyzn. Wszystkie te „ekspertyzy” dobrze się sprzedają: Polki i Polacy coraz zachłanniej czytają o problemach gwiazd przypominających ich własne – problemy „zwykłych ludzi”. Czytają zaś nie tylko dlatego, że mogą dzięki temu zajrzeć jak przez dziurkę od klucza do świata elit, ale dlatego, że ich własna historia, rozpoznana w tej opowiedzianej przez „osoby ze świecznika”, wydaje im się mniej banalna, ponura, rozpaczliwa właśnie wtedy, gdy wyjdzie z ust czy spod pióra „znanych i uznanych”. Włoska filozofka Adriana Cavarero pisze, że w biografiach innych ludzi staramy się odszukać historię naszego życia, nieustannie zadając sobie pytanie: co mi to mówi o mnie?
W tym kontekście nie dziwi sukces autobiografii Danuty Wałęsy, która dotyka jednego z tabu kultury patriarchalnej – samotności kobiety w związku. Skromna, schowana, przez lata zawsze pół kroku za mężem, zahukana, zagoniona, dziś mówi, że rola „cichej myszki” jej nie odpowiada(ła). Na ponad pięciuset stronach książki wylewa swój żal i rozczarowanie małżeństwem i mężem. Wylewa, ale zaraz się cofa, podkreślając, że rodzina zawsze była dla niej najważniejsza, a mąż, mimo wad, był i jest jej bliski. Danuta pragnie się „wygadać”, dać upust emocjom, a zarazem powściąga się, cenzuruje, by nie powiedzieć za dużo. Jej rewolta przybiera postać gwałtownego, ale tylko jednorazowego wybuchu, jest indywidualistyczna, bez konsekwencji politycznych.
Kiedy kilka lat temu Manuela Gretkowska zezłościła się nie na partnera, ale na patriarchat, założyła partię, która walczy o zmianę w sferze publicznej, a nie wyłącznie prywatnej. Możemy ironizować, że Partia Kobiet wciąż jest poza parlamentem, ale gniew, który obudziła Gretkowska, pobudził Polki do „wyjścia z domu”, do działania kolektywnego. Tymczasem gniew Danuty Wałęsy wciąż jest jednostkowy, nawet jeśli podzielony przez tysiące, wciąż rozbija się o cztery ściany domów, w których Polki tkwią zamknięte. Tkwią, jedynie „psiocząc na facetów po kątach”, jak pisała kiedyś Kazimiera Szczuka . Prezydentowa nie ma w sobie ducha feministki, nie czuje potrzeby działania na rzecz praw kobiet, czego zresztą nie ukrywa, mówiąc otwarcie, że nie zaangażowała się w prace Kongresu Kobiet. Jej program jest programem minimum: wylać z siebie morze frustracji, a potem wrócić do tego, co jest z przeświadczeniem, że to jedyny (nawet jeśli nie najlepszy) z możliwych światów. Ten program nie zakłada alternatywy: bywało wprawdzie, że od „babskiego gadania” zaczynały się rewolucje, ale tym razem się na to nie zanosi. Tak skuteczny wydaje się bowiem zawarty w tej opowieści ładunek kompensacji i konsolacji, który już na starcie pacyfikuje możliwości realnego protestu kobiet przeciwko opresji patriarchatu.
Nie dziwi mnie, że Polki wprost „pochłaniają” książkę Danuty Wałęsy. Niewątpliwie dotknęła ważnego i palącego problemu, z którym wiele z nas zmaga się w pojedynkę: samotności w związku z drugim człowiekiem, braku uznania w rodzinie i w pracy, niedowartościowania w życiu publicznym. Smutne jest to, że z powodu braku innych wzorców identyfikacji czy też niemożności pomyślenia innego (lepszego) życia Polki odnajdują siebie w historii prezydentowej, a szczególnie w tych jej najbardziej ponurych momentach. Smutniejsze jest jednak to, że w książce Wałęsy doszukują się wymiaru emancypacyjnego, zalążków rewolucji, która miałaby „zmienić oblicze tej ziemi”. Magdalena Środa napisała o Marzeniach i tajemnicach, że ich autorka przeżyła serię „przebudzeń”, „ocknęła się ze stanu uśpienia”, w którym pozostawała przez lata. Jeśli tak, to dobrze dla niej, choć nie jestem pewna, czy także dla jej czytelniczek. Sądząc po komentarzach na forach i blogach internetowych, wiele z nich wciąż śni – tym razem sen o przebudzeniu à la prezydentowa, zaspokajając w ten sposób własny głód zmiany. To jak czytanie harlekinów czy oglądanie telenowel: każdy nowy tom bądź odcinek przynosi obietnicę spełnienia kobiecych marzeń o lepszym jutrze, a jednak całość zwykle nie wykracza poza sferę fantazji.
Pisma kobiece już okrzyknęły Danutę Wałęsę nową Polką-idolką (miesięcznik „Twój Styl” nominował ją do tytułu „Kobieta roku 2011”). Niewątpliwie duży udział w tym procesie namaszczania prezydentowej na ikonę polskich kobiet, wzorzec osobowy, z którym mogą się identyfikować, odegrały liberalne feministki związane z Kongresem Kobiet. Jak w przypadku Henryki Krzywonos-Strycharskiej, uhonorowanej w 2009 roku tytułem „Polki Dwudziestolecia”, tak i tym razem „kobieta z ludu” trafiła na sztandar (wielkomiejskiej, elitarnej) rewolucji feministycznej, stając się widomym znakiem jej trwania i mocy jednoczenia kobiet z różnych środowisk. Coraz bardziej mainstreamowa, sexy i hot, rewolucja feministyczna redefiniuje dziś samą siebie: pragnienie dotarcia do mas lokuje w sile oddziaływania autorytetów, przy czym sama wskazuje owe autorytety i promuje ich postawy, zachowania, wypowiedzi pod szyldem „emancypacji”.
Przyznam, że marzy mi się, by zamiast nadziei na wyzwolenie, opowieść prezydentowej pobudziła Polki do działania, by nie była tylko jednym z wielu luster, w których przeglądają się one, ale książką, która zmieni ich/ nasze życie. Historia kobiet i ruchów kobiecych zna takie książki, a ich lista wcale nie jest krótka. Obawiam się jednak, że autobiografia Danuty Wałęsy jej nie wydłuży.

Danuta Wałęsa, Marzenia i tajemnice, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2011, ss. 548.