Anna Kowalska, Adam czy Joasia

W korporacji, w której jestem zatrudniona, większość stanowisk pracy to boksy – małe biureczka oddzielone od siebie niskimi ściankami. Podobno takie rozwiązanie sprzyja efektywności. Może. Na pewno zaś sprzyja wścibskości. To, co robisz, co masz na pulpicie, co piszesz i do kogo, wszyscy widzą jak na dłoni. Nawet nie wiesz, kiedy siła rażenia czyichś oczu dosięgnie tego wszystkiego, co starasz się ukryć. Z drugiej jednak strony, gdy masz ochotę chwilę odpocząć, nie musisz wstawać z własnego stołka i gnać do biura koleżanki, której mogłabyś się pożalić. Po prostu odwracasz się w bok i zaczynasz mówić. To uruchamia pozostałe dziewczyny (w tych boksach zamknęli niemal same kobiety) i zaczyna się jeden wielki jazgot. Kto z kim, kiedy, gdzie i dlaczego? I dlaczego nie z kim innym?  (Czasem prowadzone są też rozmowy na nieco wyższym poziomie, przeważnie jednak chodzi o relaks, a więc coś „odmóżdżającego”.)

Najczęstszym bodaj tematem tych relaksujących rozmów są właśnie biurowe miłostki. Kto podoba się Marysi, a kto Kasi? Który facet z biura podoba się mnie? Na to pytanie właściwie nigdy nie odpowiadam. Dziewczyny się buntują.

- Ty zawsze taka tajemnicza jesteś… No powiedz… który jest w Twoim typie?
- Na pewno Arek z HR, on ma seksowny tyłeczek i piękne oczy…
- Albo Tomek.
- Tomek zbyt umięśniony. Adam jest fajny. Intelektualista, ale nie ciapa.
- Adam nie ciapa… litości! On nawet słoika z kawą nie potrafi odkręcić!
- Ty zawsze przesadzasz. Według mnie jest ekstra.
- A ty, Anka? Którego wolisz? Tomka, Adama czy Arka?

Dziewczynom oczywiście nie przychodzi do głowy, że zamiast Arka i Tomka z HR-u, zamiast Adama z IT, mogę woleć Joannę z księgowości, albo Alicję z bufetu…

Wiem, że świat nie jest czarno-biały, ale czasem mam wrażenie, że tylko te dwa kolory są tolerowane, a przynajmniej uprzywilejowane. Wszelkie inne barwy i ich odcienie to jakieś „dziwactwo”. Czasem mówi się nawet, że tylko te dwa kolory istnieją. Nie wiem, co gorsze – być, ale dyskryminowaną, czy nie być w ogóle?

Na razie jestem, choć nie do końca sobą. Nie ujawniłam się… Wciąż nie, choć pracuję tam od trzech lat. Jakiś czas temu miałam okazję – był dzień coming out-u – ale nie wyszło, a powodów jest parę.

Po pierwsze, niecały rok temu ujawniła się jedna z szefowych. Wspaniała kobieta, profesjonalistka, zawsze dostawała to, czego chciała. Umiała rozmawiać ze wszystkimi – ze sprzątaczkami i z dumnymi klientami-biznesmenami. Była moją idolką. Gdy na nią patrzyłam, wiedziałam, że taka właśnie chcę być w przyszłości. Nadeszły święta, miała urlop. Gdy wróciła, jej stanowiska już nie było. Została przeniesiona (ale nie zdegradowana) do innego działu, gdzie nie miała już kontaktu z kontrahentami. Szef miał usprawiedliwienie, bo przecież jej nie zwolnił, ani nie zastąpił kimś innym. Pensji nie obciął. No i szedł w zaparte, tłumacząc, że już dawno o tym mówił, że to były nieuniknione zmiany. Na 100% nie wiadomo, jak to było, ale ja wtedy obiecałam sobie, że się nie ujawnię. Poza tym, do ujawnienia się są potrzebne określone warunki. Nie ma sensu zdradzać swojej orientacji przed homofobami. Znajomych sam/a wybierasz, ale w pracy różnie bywa. Jak jest u mnie? Raczej nieciekawie…

Najważniejszy jest zaś dla mnie taki argument: Czy Ty, o ile jesteś osobą heteroseksualną, ujawniałaś/eś się? Więc dlaczego mam ujawniać się ja? Czy moje ujawnienie się nie będzie równoznaczne z przyznaniem, że coś ze mną jest nie tak? Jest na to sposób – powiedzieć o sobie w porę, jakby to było coś najbardziej naturalnego na świecie (zresztą, czyż nie jest?). Nie babrać się w kłamstwach i przemilczeniach, bo potem ciężko jest się z tego wygrzebać. Ja nie wygrzebałam się do tej pory…

- Żaden mi się nie podoba – odpowiadam więc krótko i wracam do pracy. Na tym się kończy…