Babcia z KPP. Komunistki w historii – historie komunistek. Relacja

12 czerwca Fundacja Gender Center, Instytut Badań Literackich PAN oraz Krytyka Polityczna zorganizowały spotkanie pt. „Babcia z KPP. Komunistki w historii – historie komunistek”. Punktem wyjścia dla dyskusji była książka „Ulica cioci Oli. Z dziejów jednej rewolucjonistki” autorstwa Aleksandry Domańskiej – scenarzystki, reżyserki i eseistki zainteresowanej geografią miejsc pamięci.

W panelu, obok autorki książki, zasiadły: dr Magdalena Grabowska – socjolożka, adiunkt w Instytucie Etnologii i Antropologii Kulturowej Uniwersytetu Warszawskiego zaangażowana w realizację projektu „Aktywna podmiotowość kobiet i równość płci w socjalistycznej Polsce i Gruzji”; Olga Soporowska-Wojtczak – literaturoznawczyni, doktorantka w Zakładzie Krytyki Feministycznej na Wydziale Filologii Polskiej i Klasycznej Uniwersytetu Adama Mickiewicza, autorka rozprawy doktorskiej poświęconej Elżbiecie Szemplińskiej-Sobolewskiej; Anna Zawadzka – socjolożka, asystentka w Zakładzie Badań Narodowościowych w Instytucie Slawistyki Polskiej Akademii Nauk, członkini pracowni badawczej Archiwum Etnograficzne przy Instytucie Stosowanych Nauk Społecznych, współpracowniczka działającego w Polskiej Akademii nauk Ośrodka Studiów Kulturowych i Literackich nad Komunizmem, autorka filmu dokumentalnego „Żydokomuna” (2010). Spotkanie poprowadziła Agnieszka Mrozik.

Feminarium tradycyjnie rozpoczęło się od przybliżenia publikacji stanowiącej punkt wyjścia dla spotkania.

Książka „Ulica cioci Oli. Z dziejów jednej rewolucjonistki” jest biografią babci Aleksandry Domańskiej – Heleny Kozłowskiej (1906 – 1967), działaczki komunistycznej z polskiej rodziny żydowskiej, przed wojną członkini Komunistycznej Partii Polski, a później, do 1959 roku, członkini KC PPR i KC PZPR. Helena Kozłowska była także kierowniczką, a później zastępczynią kierownika wydziału propagandy KC PPR i jeszcze później, wydziału organizacyjnego KC PZPR. W czasie wojny była członkinią zarządu głównego Związku Walki Młodych, współpracowała z „Trybuną Wolności” i „Głosem Ludu”. Autorka książki zajmuje się historią swojej babki zainspirowana lustracją i dekomunizacją warszawskich ulic. W 2006 roku na cenzurowanym polityków znalazła się bowiem m.in. malutka, mieszcząca się na warszawskim Mokotowie, ulica Heleny Kozłowskiej. To wydarzenie okazało się dla autorki impulsem do zbadania rodzinnej historii, rozpoczęcia poszukiwań w archiwum rodzinnym oraz archiwum IPN i przeprowadzenia rozmów z osobami, które znały babkę. W książce pewne luki w tworzonej ze strzępów informacji o babce opowieści są łatane za pomocą tekstów literackich, esejów filozoficznych oraz rozpraw o naturze ruchu rewolucyjnego i historii komunizmu. W pewnym momencie historia babki staje się przyczynkiem do opowieści o historii całego pokolenia działaczy lewicowych i radykalnie lewicowych, a także przyczynkiem do opowieści o sporym wycinku historii Polski, którą autorka stara się z jednej strony opisać, z drugiej strony zrozumieć, a w kilku miejscach dzieli się także z czytelnikami i czytelniczkami swoimi krytycznymi ocenami – mówiła Mrozik.

Od początku pisania tej książki nie miałam planów pisania biografii, dlatego też moje wspomnienia osobiste grają w książce rolę pewnego rodzaju ornamentu. Oczywiście, ja świadczę o tym, że jest to element mojego doświadczenia i mojego wyposażenia, ale nie to było tematem i celem książki. Głównym celem była próba zrozumienia motywów babki i swoistego obrachunku z postawą, jaką przyjęła. Ponieważ nie byłam w stanie wejść w jej głowę, postanowiłam powoływać na świadków ludzi, którzy mogli w jakimś stopniu tłumaczyć mi jej wybory, decyzje oraz czasy, w których te wybory i decyzje były podejmowane i w ten sposób przybliżać mnie do zrozumienia jej biografii – mówiła Domańska.

Przybliżając dyskusję do tematu badań i doświadczeń pozostałych panelistek, Agnieszka Mrozik zaproponowała refleksję nad miejscem zajmowanym przez komunistki i działaczki radykalnie lewicowe nie tylko w biografiach rodzinnych. Jak się o nich mówi i jak można o nich mówić? – pytała.

Jako pierwsza swoim doświadczeniem z badania biografii komunistki podzieliła się Olga Soporowska-Wojtczak, autorka literaturoznawczej pracy, której celem było przywrócenie polskiej literaturze pisarki zapomnianej. Jak wyznała, biografia Szemplińskiej-Sobolewskiej nie była głównym obiektem jej zainteresowań, jednak na pewien czas okazała się bardzo zajmująca.  Biografia ta okazała się sensacyjna, ale nie oceniałam jej mówiła Soporowska-Wojtczak. Inaczej na historię życia Szemplińskiej patrzyła jednak jej wciąż żyjąca rodzina, która ze względu na polityczne przekonania swojej krewnej nie była zainteresowana propagowaniem jej postawy. Soporowska nie czuła się z kolei uprawniona do wypytywania o rozmaite wydarzenia z życia pisarki, także te tragiczne i związane z ludźmi, którzy wciąż żyją. Stąd w pracy jej autorstwa biografia pisarki pojawia się jedynie obok głównego tematu.

Sama Szemplińska nie zostawiła po sobie zapisów autobiograficznych. Próbowałam dotrzeć do pamiętników osób, które ją znały, ale to było takie detektywistyczne poszukiwanie od tropu do tropu. Głównym źródłem poszukiwania informacji, jeśli chodzi o literaturę, było natomiast Archiwum Elżbiety Szemplińskiej-Sobolewskiej zdeponowane w Książnicy Pomorskiej w Szczecinie. Archiwum to składa się z dziewiętnastu teczek literatury, listów i fotografii. Zdeponował je brat pisarki, Stefan Szempliński, który bardzo chciał, żeby pamięć o wyklętej politycznie siostrze przetrwała chociaż w literaturze  – zakończyła.

Anna Zawadzka podniosła z kolei problem relacji między pamięcią prywatną a publiczną. Czy pamięć prywatna jest niezależna od pamięci publicznej, czy też ją w jakimś sensie reprodukuje i co tu ma pierwszeństwo? – zastanawiała się badaczka.

Ja wychodzę z dość pesymistycznego założenia, że narracja publiczna jest narracją dominującą także dla pamięci prywatnej, tego w jaki sposób pamiętamy i w jaki sposób opowiadamy. Ta pamięć dominująca ma moc kolonizowania, kształtowania naszej wyobraźni i ocen, także najbardziej prywatnych. Dostarcza pewnego rodzaju szablonu do formułowania myśli i sposobu mówienia. W książce pani Domańskiej jest takie przeciwstawienie „słów na wolności” i „wolności słowa”. Sformułowanie „słowa na wolności” oznacza, że słowa stają się wolne od prawdy i swojego właściwego znaczenia, a więc zostaje zerwana ciągłość pomiędzy desygnatem a słowem. „Wolność słowa” jest tego przeciwieństwem: jest tym momentem, w którym już można wrócić do pierwotnego łącznika. Ja mam jednak wrażenie, że także tam, gdzie mamy do czynienia z wolnością słowa, ona też jest pewnego rodzaju iluzją, ponieważ także dzisiaj to, co umożliwia nam złożenie pewnych słów w całość, jest zdefiniowane przez pewne ideologie i także dzisiaj nie jesteśmy od nich wolni. Ideologia, która dostarcza nam pewnych wzorów dzisiaj, która jest dziś dominującą, to ideologia antykomunistyczna. I tej ideologii zadaje pani Domańska w książce bardzo ciekawe pytania, nie dając się ponieść różnym oczywistościom, które ta ideologia sugeruje. Za różnymi autorami przytacza więc m.in. to, w jaki sposób są opisywani żydowscy komuniści, czy w ogóle komuniści. Niektóre z tych epitetów funkcjonujących w dyskursie głównego nurtu to: „sekciarstwo”, „zaciekłość”, „lewacka choroba”, „sztywna reakcja”, „fanatycy”, „wykolejeńcy”, „histerycy”, „święte Teresy komunizmu”, „mistyczki, które nie widzą rzeczywistości”, „skażenie umysłowe i moralne”, „szaleństwo i nienawiść”, „mroczne piekło”. Co ciekawe wszystkie te epitety dotyczą komunistów i komunistek z czasów przedwojennych. Autorka zadaje także ciekawe pytanie o to, co to znaczy propaganda? Czy słowo to, tak pejoratywnie naznaczone, nie ma dziś także zastosowania, jednak inaczej je nazywamy? Czym się różni propaganda od lobbingu czy działalności stowarzyszeń działających na rzecz społeczeństwa obywatelskiego? Podobnemu namysłowi poddaje autorka postać „sowieckiego agenta”, biorąc ją w cudzysłów i nie dając jej wybrzmieć jako rzecz całkowicie neutralna. Sporo czasu poświęca także kwestii polityki historycznej dzisiaj, ponownie nie dając się uwieść tej dominującej narracji mówi o pewnej przepychance między martwymi bohaterami, która jest czyniona przez żywych, czy o tym, że na jednych bohaterów przeznacza się pieniądze, a na innych nie. Poruszona jest także sprawa ulic, dekomunizacji oraz braku reprezentacji Czwartaku w Muzeum Powstania Warszawskiego. Wszystkie te pytania nie mieszczą się w obrębie dominującej ideologii antykomunistycznej – mówiła Zawadzka.

W dalszej części swojej wypowiedzi Zawadzka mówiła także o istotnej dla tego antykomunistycznego dyskursu kategorii – winy. W przypadku komunistów chodzi o to, że zawsze są winni i są rozpatrywani jako zło, ale w przypadku komunistów żydowskich kategoria winy działa specyficznie. W ich przypadku wina jest dowodem w większej sprawie. Zazwyczaj w takiej, że skoro niektórzy Żydzi rzeczywiście byli komunistami to to, co jest nazwane antysemityzmem, nie jest antysemityzmem, ponieważ Żydzi faktycznie działali na szkodę Polski. W tym sposobie myślenia zawiera się oczywistość, że komunizm był działalnością na szkodę Polski i że działanie z innym celem niż na dobro Polski jest działaniem moralnie złym. W przypadku kobiet komunistek dochodzi jeszcze jedna wina – wina zaniechania roli kobiety, odmowa spełnienia przeznaczonej kobiecie funkcji.

Mówiąc o książce Domańskiej Anna Zawadzka wyznała, że czytała ją jako namysł nad tym, czy pozostając w obrębie dyskursu antykomunistycznego da się „uratować swoją babcię od winy”, czy jednak, żeby to zrobić, trzeba ten dyskurs podważyć i zadać pytania oczywistościom. Ja odbierałam tę książkę w taki sposób, że autorka przykłada dominującą narrację antykomunistyczną do konkretnego losu konkretnej osoby, osoby bliskiej, i to nie działa. Dominująca narracja staje się ubraniem, w które bohaterka – babcia autorki książki – się nie mieści. Pewne rzeczy muszą odpaść, pewne rzeczy nie wchodzą w to ubranie. Podstawową rzeczą, która się mieści, której nie da się upchnąć w tę opowieść, jest zaangażowanie w komunizm – nieprzypadkowy, świadomy, polityczny wybór komunizmu. Ten wybór nie mieści się w żadnej współczesnej narracji przedstawiającej Żydów – narracji, które rezygnują z antysemickich stereotypów próbując wyjść poza pewne wzory antysemickiej kultury. Te narracje mają problem z Żydami komunistami ze wspomnianego już powodu utożsamienia komunizmu ze złem oraz z tego powodu, że w obrębie dominującej kultury trudno jest mówić o Żydach jako o grupach i jednostkach, które domagały się akcesu do polityczności i podmiotowości politycznej. Dopóki mówimy o Żydach jako o jednostkach lub grupach, które funkcjonowały obok Polaków, mając swoją odrębną kulturę, dopóty to jest bezpieczne. W momencie, w którym zaczynamy mówić o ludziach, którzy żądali politycznej podmiotowości, prawa do współdecydowania o sobie w obrębie społeczeństwa polskiego, wówczas podważamy zasadę antykomunistycznego dyskursu, zgodnie z którą zakres wspólnoty politycznej jest wytyczany przez naród. Żydzi, żydowscy komuniści i żydowskie komunistki podważali tę zasadę swoim działaniem, swoimi poglądami i swoja postawą. I tutaj pojawia się zasadnicza rozbieżność z dyskursem dominującym. I takiej narracji na ich temat nie da się w ten dominujący dyskurs upchnąć.

Z mojego punktu widzenia ta książka jest bardzo ważnym elementem rekonstruowania czy też budowania historii kobiet – rozpoczęła Magdalena Grabowska. To, o czym pisze autorka, i fakt, że tak trudno było dotrzeć do rozmaitych świadków, którzy jeszcze żyją, pokazuje, że mamy obecnie bardzo ważny moment na to, żeby ta dyskusja się odbywała, ponieważ być może jest już ostatni moment, by porozmawiać z ludźmi, którzy jeszcze ten czas pamiętają.

W dalszej części spotkania Grabowska mówiła o swoich badaniach etnograficznych dotyczących próby zrozumienia motywów działania i zakresu sprawczości kobiet komunistek w Polsce i w Gruzji.

Ponieważ nie udało mi się dotrzeć do pokolenia, o którym pisze Domańska, babki, które ja opisuję, są to raczej babcie z PZPR. I w tym sensie, zanim zaczniemy dyskusję o komunizmie czy o pamięci o komunizmie, bardzo ważne jest dla mnie, żeby powiedzieć dwie rzeczy. Po pierwsze bardzo ważne wydaje mi się to, żeby zaznaczyć, że okres, o którym mówimy, nie jest okresem jednolitym. Musimy zdawać sobie sprawę z tego, że nie ma jednej pamięci, bo nie było jednego komunizmu, było wiele różnych okresów, ponieważ bardzo wielu ludzi było w to zaangażowanych – ludzi z różnych środowisk, różnych klas i różnych płci. Każda ta narracja jest swoista i w tym sensie opowieść o PRL-u czy opowieść o komunizmie nigdy nie może być homogeniczna. Druga rzecz, która wydaje mi się bardzo ważna, to jest polityka nazwy. Wydaje mi się, że w rozmowie o komunizmie to jest w ogóle szerszy problem. Pierwsze pytanie, które możemy zadać, to jest pytanie, czy my faktycznie rozmawiamy o komunizmie, czy też istnieją jakieś inne sposoby mówienia o tym – czy możemy np. mówić o socjalizmie lub używać jeszcze jakiejś innej terminologii. Pytanie jest też oczywiście takie, jaka jest polityka, która stoi za nazwą, czyli na ile decydujemy się na używanie takich słów, a nie innych i takich imion, a nie innych.

W narracjach, które mnie udało się zdobyć, nie możemy powiedzieć, że jesteśmy w stanie dotrzeć do doświadczenia lub pamięci niezapośredniczonej. Wydaje mi się, że pamięć i narracja na temat doświadczenia jest na tyle skolonizowana, że dostęp do niej jest zapośredniczony przez jakąś istniejącą już narrację. W przypadku Polski dwie bardzo ważne narracje, to narracja transformacji i dekomunizacji. Doświadczenie transformacji w Polsce jest uznawane za doświadczenie pozytywne i w związku z tym wszystko to, co było przed transformacją, pokazywane jest jako negatywne. W Gruzji istnieje inna sytuacja, ponieważ transformacja nie została uznana za taki sukces jak w Polsce i w związku z tym okres poprzedni jest dużo bardziej pozytywnie oceniany i dużo chętniej mówi się o nim w sposób pozytywny. Z moich badań wynika także, że fakt, iż w Polsce dekomunizacja i lustracja nastąpiły z taką siłą, powoduje, że narracja wstydu, wyparcia i wymazywania jest niezwykle silna i dużo trudniej jest dotrzeć do pozytywnych wymiarów tej narracji. Bardzo często spotykam się z tym, że narracja prywatna ma dwa poziomy. Na poziomie pierwszego spotkania bardzo często słyszę wstyd, wymazywanie, usprawiedliwianie, trochę też wypieranie się zaangażowania komunistycznego, ale później pojawia się narracja dumy i zadowolenia z tego, co się osiągnęło i bardzo często przejawia się to dumą ze swoich materialnych przejawów tych sukcesów, czyli dyplomów, odznaczeń, medali. I w tym sensie uważam, że jeśli chodzi o poziom prywatny, to trudno jest powiedzieć, czy jesteśmy w stanie dotrzeć do pamięci i doświadczenia, takimi jakie one są w rzeczywistości, bo to zawsze jest konstruowane, a konstruowane jest przez te narracje, które mamy dostępne w tej chwili, czyli narracje negatywne.

Robiłam wszystko, żeby w książce żadna narracja nie była dominująca – mówiła Aleksandra Domańska. Miałam po prostu problem z czyimś indywidualnym wyborem i chciałam ten wybór zrozumieć. Oczywiście dysponowałam własnymi przekonaniami, które były przeciwne w stosunku do przekonań mojej babki, ale myślę, że nie odgrywało to aż takiej roli, ponieważ nie chciałam ustawiać się w kontrze do komunizmu z tarczą antykomunizmu, która by mnie ewentualnie miała chronić. Moją ambicją był namysł nad czyimiś poglądami i ponieważ nie chciałam dokonywać osądów, bardzo chciałam szukać świadków, którzy mogliby pomóc mi w dokonywaniu takich powolnych przybliżeń wyborów dokonywanych przez mają babkę komunistkę. Co ważne, moje studia nad pamięcią były analizą pamięci, która jest dostępna, kiedy wspominamy wstecz, nie dziś. Trudność jest jednak taka sama. Mechanizmów, które rządzą pamięcią i które stwarzają pewnego rodzaju wrogość komplikując zadanie, jest bardzo dużo.

Od pamięci i mechanizmów rządzących pamięcią dyskusja przesunęła się w kierunku pamięci o kobietach.

Mam wrażenie, że nazwiska działaczek pamiętamy dużo rzadziej niż nazwiska działaczy – rozpoczęła Mrozik. Ich działalność teoretyczna i praktyczna dużo łatwiej niknie w mrokach niepamięci – i dotyczy to zarówno historii Polski, jak i historii w ogóle, komunizmu, marksizmu, partii, czy współczesnego i nie tylko współczesnego ruchu kobiecego, w którym działaczki radykalnie lewicowanie niemal w ogóle się nie pojawiają. Śledząc badania feministycznych historyczek, dochodzę do wniosku, że przyjmowane jest takie założenie: jeśli dana działaczka była zaangażowana w ruch robotniczy, to właściwie niewiele miała do powiedzenia w kwestii kobiecej. Można było być albo tu, albo tu. Dlatego też mam wrażenie, że książka „Ulica cioci Oli. Z dziejów jednej rewolucjonistki” wypełnia lukę w tych dyskusjach, również w badaniach feministycznych. Książka ta pokazuje bowiem, że powody zaangażowania kobiet w komunizm mogły być zupełnie inne niż motywacje mężczyzn. W książce znajdziemy m.in. casus żydowskiej narzeczonej. Bardzo jestem wdzięczna za ten fragment, ponieważ pokazuje on zaangażowanie w komunizm jako ucieczkę od tradycyjnego losu kobiety. Kobiety mogły też być narażone na inne niebezpieczeństwa niż mężczyźni – rodziły w więzieniach, były separowane od swoich dzieci, ich dzieci chorowały i nierzadko umierały, a one nie mogły nic z tym zrobić. Kolejna kwestia, którą widać na przykładzie losu babki autorki, a ja śledziłam ją także na przykładzie Wandy Wasilewskiej, to kwestia pełnionych przez kobiety funkcji w ruchu czy w strukturach partii. Im bardziej wchodziły w te struktury i im bardziej te struktury kostniały, tym ich kariery w większym stopniu były naznaczone tradycyjną rolą kobiety – np. wychowawczyni, nauczycielki, w pewnym sensie matki działaczy. Stąd chciałam zapytać o motywacje kobiet w zaangażowanie w ruch komunistyczny, o pewne wzorce ich karier oraz relacje między działaczkami i zaangażowanie w kwestie kobiece.

Motywacje oraz zakres autonomii i sprawczości, jaką miały kobiety, bardzo mnie w moich badaniach interesuje – mówiła Grabowska. W przypadku kobiet, z którymi rozmawiałam, nie pojawia się bardzo silne zaangażowanie ideologiczne, którego się spodziewałam. Szukałam poświęcenia dla idei, ale go nie znalazłam. Pytanie oczywiście, czy nie znalazłam tego, ponieważ tego tam nie ma, czy też dlatego, że nie chcą o tym mówić. Czy też jest to różnica pokoleniowa. Powiem o trzech powodach, o których usłyszałam, kiedy pytałam kobiety o powody zaangażowania się w działalność partyjną oraz działalność organizacji społecznych. Pierwszy powód to jedyny możliwy racjonalny i wolny wybór dla kobiet – świadomość tego, że jeżeli chcę coś zrobić, to w tej rzeczywistości, w której żyjemy, komunizm jest jedyną możliwością. Taka motywacja bardzo często wiązała się także z wzięciem odpowiedzialności za ten wybór. Spotykałam się z takimi wypowiedziami, w których kobiety mówiły, że świadomie nie wypisywały się z partii, kiedy już było wiadomo, że nie jest dobrze, ponieważ zapisanie się do partii było ich świadomym wyborem i uznawały, że chcą wziąć na siebie odpowiedzialność za ten wybór. Drugi motyw, który pojawia się w moich badaniach, to motyw zaproszenia ze strony partii i to jest motyw, który częściej pojawia się z Gruzji niż w Polsce. W Związku Radzieckim bardziej niż w Polsce funkcjonował taki quasi formalny czy nieformalny system kwotowy, w związku z którym kobiety były promowane na rozmaitych stanowiskach politycznych i zawodowych. Oczywiście nie osiągały szczytów władzy, ale były tam obecne. Stąd zaproszenia do partii. Trzeci motyw, to chęć realizacji swoich ambicji politycznych i społecznych. Kobiety mówiły, że działalność w organizacji kobiecej czy działalność w partii, była możliwością spełnienia się społecznikowsko, możliwością zrealizowania swoich ambicji.

W swojej późniejszej wypowiedzi Grabowska mówiła także o niezależności i autonomii kobiet w organizacjach.

Rzeczywiście istnieje takie przekonanie, że organizacje kobiece były fasadowe, nic nie robiły, i nie były feministyczne, ponieważ nie zrobiły nic na rzecz zmiany sytuacji kobiet. Kobiety, z którymi rozmawiałam, mówiły, że był nadzór partyjny, natomiast dużo kobiet mówiło także, że nie miały poczucia, iż nie mogą nic zrobić. Jeśli chodzi o to, co zostało zrobione dla kobiet, to są to głównie kwestie kobiece związane z godzeniem życia zawodowego z rolami rodzinnymi, a więc żłobki, przedszkola, urlopy macierzyńskie i wychowawcze.

Po tej wypowiedzi Magdaleny Grabowskiej Olga Soporowska-Wojtczak odniosła się do jej wcześniejszej uwagi, zgadzając się z przedmówczynią co do tego, że rzeczywiście trudno jest mówić o jednym komunizmie i jednych komunistkach. Elżbieta Szempińska-Sobolewska ma biografię diametralnie różną od Heleny Kozłowskiej, mimo że różnica wieku między nimi jest mała – mówiła. Gombrowicz pisał, że Szemplińską cechuje humanitarny stosunek do świata. W wielu wierszach widać jej ogromną wrażliwość społeczną. Pisała m.in. o biedzie i występowała w obronie praw zwierząt. W ogóle cała jej twórczość jest narracją o przemocy – mężczyzn wobec kobiet, kobiet wobec dzieci oraz ludzi wobec zwierząt.

Podczas spotkania Soporowska-Wojtczak przybliżyła sylwetkę pisarki oraz opowiedziała o jednej z jej bohaterek, którą część krytyków i historyków literatury utożsamia z Szemplińską. Bohaterka ta to Ada – żeński odpowiednik Cezarego Baryki, komunistka, która w komunizm uciekła przed schematem mieszczańskiej rodziny, w którym panienka ma czekać na męża.

Kolejna z panelistek, Anna Zawadzka, opowiedziała natomiast o wynikach swoich analiz sposobu pisania o „żydowskich komunistach” w Polsce – z zaznaczeniem, że mowa jest nie o osobach, które same identyfikowały się jako komunistki i Żydzi, ale o osobach, które były naznaczone takim piętnem bez względu na to, czy sobie tego życzyły, czy też nie.

Chciałabym powiedzieć o jednym wniosku. Czytając współczesne teksty pisane o żydowskich komunistach, zauważyłam, że dokonują one takiego samego zabiegu, jakiego dokonuje dyskurs antysemicki, mianowicie feminizują komunistów. W XIX wieku w dyskursie antysemickim nastąpiło apogeum feminizowania Żydów. Był to jeden ze sposobów dyskredytowania Żydów. Przedstawiania ich nie tylko jako jednostek słabych, chorych, łatwo ulegających degeneracji, ale przede wszystkim jednostek, które muszą podlegać kontroli. Ciekawe jest to, że kiedy dzisiaj czyta się o komunistach, a zwłaszcza o komunistach żydowskich, pojawiają się te same argumenty, chociaż oczywiście powiedziane w sposób współczesny, wręcz postmodernistyczny. Pojawia się m.in. taki argument, że żydowscy komuniści byli nieracjonalni, nazbyt emocjonalni, bezmyślni, podejmujący decyzje w sposób nieprzemyślany, hiperseksualni, w nadmierny sposób eksponujący swoją seksualność, z seksualną perwersją. Wszystkie te narracje traktują żydowskość osób, o których piszą, w sposób esencjalny, tzn. że jest to pewna jakość niezbywalna, niezależna od woli i decyzji człowieka. Ponieważ następuje feminizacja Żydów, możemy też tu powiedzieć, że funkcjonujemy w obrębie kultury, w której to, co jest przypisywane kobietom, jest gorsze i wymaga kontroli. W wyniku całego tego pakietu tak doskonale funkcjonującego w polskich dyskursie, który możemy określić jako „żydokomuna”, następuje taka dziwna konstrukcja, gdzie piętno Żydów przechodzi na piętno komunistów. W jakimś sensie komunizm staje się rasą, jakąś niezbywalną jakością, która niesie za sobą cały pakiet cech charakterologicznych. Warto tutaj też dodać, że komunistki są z kolei maskulinizowane – opisywane jako babochłopy i nie prawdziwe kobiety. W przypadku komunistów i komunistek, a zwłaszcza żydowskich komunistek i komunistek, zostaje podważona ich płeć. Zabieg ten jest patologizujący. Chodzi o to, żeby przedstawić te jednostki jako chore i nienormalne. I to przedstawienie współgra ze sposobem postrzegania komunizmu.

Kiedy pisałam tę książkę, nie myślałam o płci, a teraz myślę sobie, że komunizm można by nazwać swego rodzaju frontem wyzwolenia kobiet, bo to była szansa upodmiotowienia i współuczestnictwa – zauważyła Aleksandra Domańska.

W dalszej części spotkania Anna Zawadzka mówiła m.in. o przepraszaniu za swoich żydowskich komunistycznych przodków przez osoby publicznie występujące jako Żydzi. Magdalena Grabowska mówiła z kolei o feministycznej polityce historycznej budowanej przez ruch kobiecy, który walczył z piętnem komunizmu. Rozmawiano także o tym, na ile głosy samych działaczek są jeszcze słyszalne oraz na ile jesteśmy zainteresowane/i wydobywaniem tych głosów z milczenia i przyznania im prawa do zajęcia miejsca w historii ruchów emancypacyjnych.

W ostatniej części spotkania pojawiło się dużo pytań ze strony publiczności, w tym pytań do autorki książki , które były związane z poruszoną wcześniej przez Annę Zawadzką kwestią winy oraz ewentualnych przeprosin za działalność komunistycznych przodków. Nie zabrakło także polemik ze stanowiskami panelistek oraz komentarzy będących przejawem dyskutowanego wcześniej stanowiska antykomunistycznego.

 

Tekst – Grażyna Latos